Góry latem, czyli 1257 m bliżej nieba
data:02 grudnia 2011     Redaktor: AlicjaS

Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Aby się odprężyć, proponujemy wyobrazić sobie, że jest piękne lato , a my wędrujemy po górach. Opowieść o górskiej wędrówce przysłała Pani Beata.

Beata Makowska

"Kiedy w piątek słońce świeci/ serce mi do góry wzlata,/ że w sobotę wezmę plecak/ w podróż do mojego świata,/ bo ja mam tylko jeden świat/ słońce, góry, pola, wiat/ i nic mnie więcej nie obchodzi/ bom turystom się urodził?"- mówi popularna piosenka. Kochane góry, tak umiłowane przez Jana Pawła II, nie od dziś stanowią cel zmagań, ucząc pokonywania własnej słabości i współpracy z innymi. Stanowią taki swoisty egzamin człowieka z jego wytrwałości w dążeniu do obiektu marzeń. Kształtują w człowieku pokorę wobec Boga, innych i siebie oraz życia, którym zdążamy, pielgrzymując i niejednokrotnie namacalnie czując dotyk bożej miłości. Może to całe ich groźne, ale zarazem pociągające piękno, zawiera się właśnie w tym, że czujemy się tam bliżej Boga, bliżej nieba niż w wielkich miastach czy większości zurbanizowanych już wsi i że to przeżycie jest tak bardzo prawdziwe.

Góry latem? - zdziwił się mój brat, kiedy zaproponowałam tegoroczne wakacje właśnie pośród gór. A właściwie to czemu nie ? odpowiedział po namyśle. Właśnie latem przeżywają oblężenie wiernych sympatyków (miłośników) i włóczykijów, tych, którym wylegiwanie się na plaży czy sporty wodne nie wystarczają.

Zdobyć świata szczyt, choćby ten niezbyt duży, dla debiutujących we wspinaczce to spore wyzwanie. Często słyszy się o tych wielkich górach ? kolosach, gdzieś tam za granicą, a zapomina o naszych swojskich, może nie tak imponujących wielkością, ale równie pięknych i pociągających do wyzwolenia się z kajdan ospałości, stoczenia walki z samym sobą, bo tu też może się zdarzyć wszystko. O jednej z takich wypraw chcę opowiedzieć.

Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, liczący sobie 1257 m n.p.m. Należy do Korony Gór Polski. Nazwa Skrzyczne, wg podania zamieszczonego w XVIII w "Dziejopisie Żywieckim", bierze swój początek od skrzeczenia żab zamieszkujących staw znajdujący się w kotle między Skrzycznem a Małym Skrzycznem. Można wchodzić na niego od strony Buczkowic przez siodło pod Skalitem lub przyjechać do Szczyrku Centrum i m.in. przez Przełęcz Becyrek dotrzeć na szczyt Skrzycznego. Są to najpopularniejsze trasy. Podjechać na szczyt można także ze Szczyrku dwuodcinkowym wyciągiem krzesełkowym (wersja dla leniwych).

Naszą wędrówkę na szczyt planowaliśmy kilka dni wcześniej, ale jak to czasem bywa, niestety, ze względów od nas niezależnych, a dokładnie prognoz pogodowych, nie rozpoczęliśmy jej z Bielska, co było naszym pierwotnym planem (wybierając się w góry obowiązkowo sprawdzamy możliwości zmiany pogody dla własnego bezpieczeństwa). Wyruszyliśmy więc rano z Bielska Białej do Szczyrku autobusem PKS. Można dojechać tam także busami, które zatrzymują się na przystankach autobusowych co pół godziny. Na wyjście szlakami z Bielska ? Białej było już niestety za późno, a pogoda wbrew prognozie jednak piękna. Ani jednej chmurki, nic nie zostało z porannego deszczu. Może następnym razem się uda.

Zaopatrzeni w wodę i odpowiednio ubrani, w sprawdzonych butach, z rozmiłowaniem i utęsknieniem patrzymy w Szczyrku na upragniony cel - szczyt Skrzycznego. Po części czujemy się jak zdobywcy Mount Everestu - Dachu Świata, choć troszkę dane nam jest poczuć to, w czym rozsmakowują się zdobywcy najwyższych szczytów.

Pewni swoich sił rozpoczynamy wędrówkę zielonym szlakiem od znaku krzyża. Mijamy jeszcze, będąc na najniższym poziomie, urzekające góralskie chaty. "Na Skrzyczne tędy, dwie godziny" ? informuje nas niepytana starsza góralka. Widać z turystami jest już oswojona. Dla nas to tylko dwie godziny, ale może dla kogoś to aż dwie godziny. A my wcale nie chcemy się spieszyć, chcemy kontemplować, rozkoszować się tymi widokami, których Bóg nie poskąpił polskim górom i które rozciągają się dookoła nas. Chcemy dotknąć wieczności. Wymieniając od czasu do czasu uwagi, gubimy szlak i musimy zawrócić, ale wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie. Zresztą, cóż byłaby z tego za satysfakcja. Zawracamy i odnajdujemy nasz zielony szlak. Wspinamy się, ale już jest coraz ciężej, droga się zwęża, staje się coraz bardziej kamienista i strome zbocza ukazują się naszym oczom. Pośród drzew dających cień idzie się nie tak uciążliwie. Natomiast w miejscach, gdzie drzew brakuje i dodatkowo jest stromo, trudno złapać oddech, ale staramy się nie zatrzymywać.

Docieramy do wielkich potężnych bloków kamiennych, przypominających nieodparcie w naszej wyobraźni (robiących wrażenie) głaz odrzucony od Grobu Pańskiego. Zachwyceni, decydujemy się na odpoczynek. Za głazami odsłania się naszym oczom nieskończona panorama okolicznych miast, wiosek i dróg. W oddali widać rozlewające się na ciemnoniebiesko Jezioro Żywieckie, domy, drogi wiejskie i zabudowę miejską, infrastrukturę miast okalających góry. Tam gdzieś jest i nasz dom. To dopiero przedsmak przygody. Wchodzimy dalej, teraz już pod pion. Jest ciężko i pojawiają się pierwsze wątpliwości i wahanie, czy to ma jakiś sens, czy nie lepiej jechać kolejką. Płyną minuty, kwadranse i te dwie godziny zmieniają się w nieskończoność. Czy damy radę, czy podołamy temu?

Niby nie tak wysoko, cóż, to właściwie góreczka wobec szczytów Tatr czy Alp, ale jest tak, jak na wojnie. Zlekceważenie przeciwnika działa zawsze na niekorzyść strony, która postawę taką przejawia. A jednak najbardziej w górach pociąga zawsze ten element ryzyka, jaki ze sobą niosą piękno i niebezpieczeństwo zarazem - przygoda, ale bez brawury. Pomimo osaczających nas zewsząd czarnych myśli, które przyszły wraz z trudnościami wędrówki, nie poddajemy się. Idziemy naprzód. Teraz jesteśmy na równinie, krajobraz łagodnieje, drzewa pod wpływem subtelnego wiatru, który nie wiadomo skąd się pojawił, szumią swoja melodię, dołączają się do niej ptaki i małe strumyczki mijane po drodze. Co za ulga? Na myśl przychodzi mi "Tryptyk Rzymski" Jana Pawła II, zwłaszcza ten fragment o źródle i zatoce lasu.

Nagle nasze oczy dostrzegają małą, przytulną, drewnianą, opuszczoną chatkę na polance. Jest śliczna i nie możemy się oprzeć, by nie zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Moją uwagę przykuwają drewniane okiennice, takie okna na świat bez zbędnych dodatków, które podkreślają naturalny urok tego miejsca i cudownie się w nie wkomponowują. Jak pięknie, kiedy myśl człowieka umie się wpisać w harmonię natury. To zachwyca i buduje innych.

Każdy mijany po drodze człowiek (a nie jest to częsta sytuacja, ze względu na porę dnia, bowiem zbliża się południe) wita się z nami radośnie, pozdrawiając, i my również tak czynimy. To piękny zwyczaj kultywowany tu przez wszystkich zupełnie obcych sobie ludzi. Czujemy się, jak jedna wielka rodzina braci i sióstr, których zjednoczył Bóg poprzez góry i ta emanująca tu zewsząd życzliwość to coś niezwykłego, niezapomnianego.

Myślę, że te małe urokliwe obrazki i dźwięki górskiej przyrody na zawsze pozostaną w naszej pamięci, ale na nas już pora. Za skalistym zakrętem zdobywamy przełęcz Becyrek. Teraz zaczyna się najbardziej niebezpieczny etap. Przed nami skaliste dróżki pełne rozpalonego słońca, a w dole bezkresna przepaść, więc lepiej nie patrzeć. I oto odsłania się coraz więcej z krajobrazu miast i wsi pozostawionych hen, hen daleko za nami. Wchodzimy dalej i dalej, zakręty są coraz węższe i oto stajemy w przedsionku naszego wymarzonego miejsca. Oddychamy głęboko i poruszani tęsknotą zdobycia szczytu, kontynuujemy naszą wędrówkę. Jesteśmy już tak blisko. Już widać wyciąg krzesełkowy, którym raczej rzadko podróżują turyści. A więc i inni, podobnie jak my, doceniają trud wchodzenia pieszo i dzielą go z nami. Każdy z nas ma przecież w sobie pragnienie zdobycia go o własnych siłach. Jest to i naszym marzeniem, które właśnie realizujemy.

Oto dochodzimy, jesteśmy na szczycie. Nie jestem w stanie opisać słowami tego, co czuję. Tego nie da się przelać na papier, każde słowo będzie miałkie i nie będzie oddawało pełni. To nadzwyczajny widok, tchnienie samego Boga. Rozkoszujemy się tym widokiem, wchodząc na jedną z wystających płyt skalnych. Zdobyliśmy szczyt Skrzycznego. Jesteśmy bliżej nieba. Wchodzimy na taras widokowy jak najwyżej można. Pośród turystów, którzy przybyli tu pieszo, na nogach, a tych, którzy przyjechali kolejką, wyraźnie zarysowuje się różnica. Widać to w oczach i twarzy. Wysiłek się opłaca, wielkie rzeczy zawsze kosztują wiele samozaparcia, ale tylko wtedy doceniamy to, co osiągnęliśmy.

Na Skrzycznym znajduje się Schronisko PTTK zbudowane pod koniec lat 30. XX w., a więc jest ono młodym obiektem, ale niezwykle gościnnym. Można się tu posilić i zregenerować siły do dalszej wyprawy szlakami w kierunku Baraniej Góry, Wisły, Malinowskiej Skały czy Przełęczy Salmopolskiej.

Przez krótką chwilę szczyt należał do nas, lecz pozostać tu dłużej nie możemy. Czeka nas rozstanie. Jak to ktoś kiedyś ujął: "walczyć jest o wiele piękniej niż zwyciężać, podróżowanie jest ciekawsze niż docieranie do celu: jeśli już dojechałeś, albo zwyciężyłeś, odkrywasz nagłą pustkę przed sobą. I żeby ją pokonać, musisz znowu wyruszyć w podróż, wyznaczyć nowe cele". Pomimo że cel osiągnięty, wytyczamy nowy, bo właśnie droga kształtuje człowieka. Wzrastamy, kiedy dajemy z siebie wszystko.

Z powrotem fundujemy sobie przejazd kolejką i choć czujemy się trochę jak ptaki, to jednak to już nie to samo, co wspiąć się na szczyt własną stopą. Te dwie godziny pełne trudu, ale i radości, były dla nas ważną lekcją człowieczeństwa.

Udajemy się teraz do Kościółka na Górce, by tam podziękować za dobrze spędzony czas i bezpieczne dojście na szczyt. Za chwilę Msza Św. przed obrazem Matki Bożej Królowej Polski, Pani tych malowniczych zakątków. Kościółek na Górce z obrazem Matki Bożej daje głębokie przeżycie. Pięknie przedstawione zostały tu mozaiki. Wzdłuż nawy głównej ciągną się ściany, ilustrujące tajemnice bolesne i radosne z życia Chrystusa i Matki Bożej. Zachwycające i skłaniające do refleksji są także stacje Drogi Krzyżowej.

Strudzonych pielgrzymów zaprasza też Grota z figurą Matki Bożej oraz pulsujące przy niej "cudowne źródełko" z wodą ku pokrzepieniu ducha i ciała. Obok sanktuarium znajduje się Kaplica Objawienia z wiekowym bukiem, który był niemym świadkiem objawienia się Pięknej Pani dziewczynkom w 1894 roku. Cisza przyrody, która otula tę perłę sanktuariów Beskidu Śląskiego, pobudza do zastanowienia zwłaszcza wieczorem, kiedy zapalane przez przybywających lampki tworzą urokliwy nastrój wszechogarniającej modlitwy i nadziei. Ach, moglibyśmy tu zostać na zawsze, ale wieczór zapada nieubłaganie, a do domu jeszcze daleko.

Beata Makowska








Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.