Jamci: Syndrom katyńskich ocaleńców, czyli ?o?c?a?/polnische racja stanu
data:01 grudnia 2011     Redaktor:

Trzeba pamiętać o okolicznościach. Tu rządzili Sowieci. Polscy komuniści wykonywali ich polecenia. Nawet gdyby się sprzeciwili, zginęłoby dwie trzecie Polski (Lech Wałęsa w TVP Info o Grudniu 1970).

net
Na wszystko się zgodzą, wszystko oddadzą i zaprą się każdego i wszystkiego. W każdej dowolnie przez centralę wybranej chwili. Od zakończenia wojny minęło już trochę czasu, ale tamto wydarzenie na tyle jest wydarzeniem strasznym i konstytuującym wszystkie późniejsze zdrady, że warto o nim wspomnieć w kontekście wszelkich, jak najbardziej uzasadnionych oburzeń spowodowanych ostatnią radkową wyprawą do Berlina. Tym bardziej, że nie pierwsze to takie zgłoszenie poddaństwa i zapewne nie ostatnie. Bez paru wyjątków cała klasa polityczna sprawująca swoje "rządy" nad Wisłą od 1945 roku oraz w coraz większym stopniu znacząca część osieroconego i ogłupionego i pozbawionego godności społeczeństwa stoi w jednym ciągu, na końcu którego, patrząc z dzisiejszej perspektywy wstecz, znajduje je owo straszne wydarzenie, które swoimi mackami autentycznego przerażenia i stanu tym strachem sparaliżowania sięga do współczesności.

Mowa oczywiście o Katyniu, a właściwie o tzw. syndromie ocaleńca katyńskiego, czyli o tych z jeńców, którzy w wyniku specjalnie w tym celu prowadzonych działań zostali wycofani ze ścieżki prowadzącej do katyńskich dołów śmierci. Wycofani w ramach akcji zorganizowania masy plastycznej, która miała stać się istotną częścią desantu sowieckiego na terenach okupowanej jeszcze Polski w celu jej pełnego zwasalizowania i podbicia po wojnie.

Nowotwór sowiecki miał i ma jedną jedyną zasadę funkcjonowania ? strach. Nie obawę, niepokój, lecz przemożny, wszechobecny strach, który utrzymuje w szachu każdego, kto z różnych przyczyn znalazł się mniej lub bardziej za swoją zgodą w orbicie działań sowieckości.

Zasada jest, nomen omen, strasznie prosta ? trzeba uratować kogoś od niechybnego stryczka, z tym, że delikwent musi mieć go już założonego na szyi, z kapturem na głowie. Musi słyszeć po kolei śmiertelne okrzyki i konwulsje skazańców stojących obok niego i musi być absolutnie przekonany o nieodwracalności swojego losu. Właśnie wtedy, gdy ginie osoba stojąca najbliżej naszego delikwenta i prowadzący egzekucję odczytuje jego imię i nazwisko, po czym ma nastąpić rozkaz "wykonać", nagle delikwent, osiwiały ze strachu i w stanie przedśmiertnego przerażenia odprowadzany jest na bok i po chwili okazuje się, że ma szansę ocalić życie, no, pod paroma warunkami, które choćby nie wiem, jak doniosłe (zdrada Ojczyzny) mają się nijak do faktu odzyskanego dopiero co życia.

Ślad zaciśniętego stryczka pozostaje na szyi przez jakiś czas, ale w sercu i umyśle ocaleńca na zawsze odciśnięty zostaje znak pamięci o tym, co miało się stać, a co działo się z innymi oraz to, że kara może w każdej chwili powrócić. To są niezniszczalne (dla człowieka) fundamenty racji stanu.

Potem już tylko robi się wszystko, aby tylko oddalić groźbę tamtej sytuacji, przy czym system sprytnie przypomina od czasu do czasu delikwentom o wciąż aktualnej możliwości znalezienia się pod toporem. Całkowitej relatywizacji ulega dosłownie wszystko, co w normalnych warunkach stanowi podstawy egzystencji człowieka, rodziny, społeczności lokalnej i państwowej. Dwa razy dwa ni stąd ni zowąd może nie równać się cztery a suwerenność Ojczyzny może się ? na sygnał z centrali ? stać czymś zbędnym i krępującym. Można wyprzeć się rodziców, lżyć wdowy, rozstrzeliwać dzieci, współdziałać w mordzie prezydenta, można nawet jako osoba duchowna nie bronić krzyża czy relatywizować śmierć kapłana. Można jechać do Berlina i dać znać, że jakby co, to możecie nas wziąć. Można za chwilę powtórzyć ten sam gest w Moskwie, bo tam też pichci się "wspaniała" idea euroazjatycka i znowu usłyszymy argumenty o "logice" dziejów i jej zastosowaniu do krajów, które przecież nie mogą być w pełni suwerenne.

Znaczącym jest fakt, iż ów katyński strach w stanie nieobniżonego natężenia działa do dnia dzisiejszego. Czyny i zdrady namiestnicze mocą tegoż samego strachu są tłumaczone maluczkim przez tym samym strachem sparaliżowane zespoły ds. propagandy (w normalnych warunkach dziennikarze i dawne elity). Oni inaczej nie potrafią. To jest przyrodzona im perspektywa żaby. Jeśli zauważą, że mimo tego znajdują się osoby, które walczą o wartości, to osoby te ostrzega się i przypomina o tym, że takie nieodpowiedzialne harce mogą się źle skończyć. Jeśli mimo to działania godnościowo-suwerennościowe prowadzone są w dalszym ciągu, to wtedy następuje kolejny "straszny" czyn, który ma zlikwidować odruchy wolnościowe, wyłonić z zastraszonego grona chętnych do współpracy (motto strachu) a reszcie pokazać, że jakby co, to nie ma żartów. Przypomnijmy sobie chociażby Solidarność, ks. Jerzego, kopalnię Wujek czy ostatni sygnał ? Smoleńsk.

Wydarzenia z kwietnia 2010 roku były swego rodzaju aktualizacją mechanizmu zastraszania. Przy okazji pozbyto się ludzi, którzy w coraz bardziej irytujący sposób zaczynali przeszkadzać w realizowaniu "logiki" dziejów. Natężenie strachu wróciło do poziomu z dni następujących bezpośrednio po mordzie katyńskim.

Strach smoleński/katyński ma też swoje odbicie na tzw. dole, czy wśród sporej części społeczeństwa, które idąc do pracy a potem robiąc zakupy czy oglądając ulubione seriale ma świadomość, że przez jakichś oszołomów mogą to wszystko stracić. Sytuacja przypomina dzieci, które pozbawiono gwałtem rodziców. Dzieci te co rusz muszą się przeprowadzać i zaczynać egzystencję od nowa (kolejne ekipy rządców) a do tego co chwila do ich drzwi łomoczą straszne typy (np. Kaczyński), których nieodpowiedzialność może doprowadzić do utraty mieszkania i zmusić do poniewierki. W takiej sytuacji wszystko jest lepsze niż dawanie posłuchu oszołomom. Można i trzeba zgodzić się na każde bezprawie i ograniczenie wolności.

Nie dziwmy się więc, że zastraszeni ludzie na tych, którzy starają się walczyć o swoje reagują nie tylko w ten sposób, że usiłują tych drugich uspokoić. Jednocześnie ich nienawidzą tak samo, jak w głębi serca boli ich zdrada, jaką popełnili i ból tęsknoty za tym, co odrzucili lub dali sobie wytrącić z serc i umysłów. Ten napędzający agresję na niepokornych gniew skierowany jest więc najpierw na siebie samych. Jest nim rozpacz, czyli zapadnięcie się w rezygnację i bezbrzeżny smutek. Spora część zastraszonych nie zdaje sobie z tego sprawy i wszelkie próby nawrócenia odrzuca z wielką agresją, ponieważ śmiertelnie boi się spojrzenia oko w oko w prawdziwy stan rzeczy, a przecież całodobowo znieczulana jest medialnie, a i czynione zakupy są takimi małymi szczęściami, plastrami na żywą ranę utraty godności i suwerenności. Kto więc ma czelność nam to odebrać?! I co mamy dostać w zamian?! Kolejny Smoleńsk?!

Możemy załamywać ręce na widok takich zachowań, ale przy rozważaniach nad metodami wybudzania społeczeństwa z zastraszenia musimy pamiętać o tym, że mamy do czynienia z reakcjami utrwalanymi systematycznie przy pomocy emocji, które należą do najpotężniejszych i najtrwalszych. Strach przed utratą życia i/lub dobytku przy jednoczesnym osieroceniu w wyniku tych samych działań zastraszających jest nadzwyczaj trwały i trudny do zniwelowania i dokładnie ten garb ciąży w sercach i umysłach znaczącej części Polaków. Jest zresztą nieustannie podtrzymywany medialnie przez innych zastraszonych, którym dano jednak do ręki odpowiedzialne działanie polegające na przypominaniu odbiorcom, że łaska mocarstw jest niestała.

Czyli my wiemy i wy wiecie, więc pilnujmy się i innych. Więc żyjmy na ćwierć, oddychajmy nie za głęboko, nie pytajmy o "niektóre" sprawy i może uda nam się jakoś przemknąć nie budząc potwora. Czyli drepczemy zalęknieni w kółko dookoła nędznego szałasu, ciesząc się, że jest nasz. Problem polega na tym, że tuż obok stoi piękny, przestrzenny dom, pełen dobra i ciepła a z jego okien widać inne takie domy pełne wyprostowanych i dobrych ludzi. My jednak już nie pamiętamy, że można chodzić z podniesioną głową i być dumnym z naszych przodków i z naszej Ojczyzny niezależnie od jej stanu. Wolimy nakryć się folią i przycupnąć przy wraku tamtego Tupolewa i ze strachu przed kolejnym ciosem udawać, że nas nie ma. Swoją drogą pokazany na tym strasznym zdjęciu wrak samolotu ilustruje też stan państwa, do jakiego gotowi są dopuścić cierpiący na syndrom ocaleńca katyńskiego.

Nieodzownym, choć nie pierwszym pod względem ważności, elementem godności, wolności i suwerenności człowieka i narodu jest to, że jest on właścicielem. Posiada pewne dobra materialne, które pozwalają mu na poczucie pewnej stabilizacji i obrony przed różnego rodzaju zakusami środowisk, które chciałyby go na siłę uszczęśliwić. Dom, kawałek ziemi itd. dają pewien wymierny spokój i stabilizację.
Utrata stanu bycia właścicielem a następnie stałe zagrożenie utratą kolejnych ciężko wypracowanych namiastek stanu posiadania (system sprytnie na więcej nie pozwala) dokłada się do obaw przed działaniem tych, którzy są chorzy na Polskę, przy czym dobra ważniejsze od jakiegoś tam patriotyzmu mogą obejmować przedmioty od małych telefonów komórkowych, poprzez laptopy, "fajne" ciuchy aż po drogie samochody czy wakacje na Riwierze. Czemu się dziwić, skoro odświeżacz do łazienki czy mikser do warzyw daje nam poczucie szczęścia i spełnienia (zabrane kiedyś w ramach nieuniknionej "logiki" dziejów, a teraz na te nasze małe spełnienia czyha straszny Kaczyński).

Jak temu zaradzić? Póki co będę do znudzenia powtarzał ? mamy Adwent. Przemyślmy i przemódlmy to na spokojnie. Zabezpieczmy naszą Polskość. W natłoku medialnego drażnienia zastosujmy metodę św. Tomasza z Akwinu. Miałem teraz o niej pisać, ale się rozpędziłem na powyższy temat, więc obiecuję wrócić do tego w następnym tekście. Wbrew pozorom sprawa jest arcyważna!

Jamci





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.