Czy jest możliwy polski majdan?
data:07 grudnia 2013     Redaktor: GKut


Czy w ogóle jest potrzebny, skoro każdy Polak jest zanurzony po kokardę w demokracji najlepszej europejskiej produkcji i plując na kryzys nurza się w dobrobycie? Przecież, jak to zbadał profesor Czapiński jesteśmy do obrzydliwości szczęśliwi więc czego chcieć więcej? Czy w ogóle mamy się wobec czego buntować? A to, że ktoś nas obrabował przy okazji likwidacji OFE na 100 ileś miliardów to detal nie warty wspomnienia.

 

Nikt nie wybiera się, aby majdanić i męczyć się przed świętami. Ukraińcy też chyba się trochę zniechęcili. Zmienianie władzy okazało się dość mozolne. Polacy swoją dyskretną niechęć do miłościwie nam panujących wyradzają w sondażach (premierowi opada cokolwiek by to znaczyło) i kantowaniu administracji gdzie tylko można. Szara strefa nie jest wcale szara, ale kolorowa i pełna nadziei. Papierosy kosztują tam 6 złoty za paczkę nie mówiąc o innych atrakcyjnych towarach i usługach.

 

Dla naszej władzy jesteśmy bardzo wyrozumiali i zamierzamy zmieniać ją ewolucyjnie i parlamentarnie. Ona na to łaskawie przyzwala i wychodząc nam naprzeciw stoi na czele frontu kontestacji. Jest jednocześnie jurnym sternikiem nawy państwowej i pyskatym, niesfornym opozycjonistą. Czy to rozdwojenie jaźni? Bynajmniej. To przezorność.

 

Niedługo wejdziemy w następne ćwierćwiecze mozolnego kształtowania naszej młodej demokracji. Każdy widzi, że sukces goni sukces, a ludziom żyje się dostatniej. Ciekawe czy te reformy będą trwały 123 lata, czy może krócej.

 

Polski majdan, czyli powtórka z 80 roku (Karnawał Solidarności) zniszczyłby dyktaturę status quo. Relacja: władza i legalna opozycja wydaje się stabilna. Przypomina Wielką Kołomyję Elementarną opisaną przez znakomitego pisarza Edmunda Niziurskiego w Siódmym Wtajemniczeniu. Warto zapoznać się z fragmentem tej książki, ponieważ w iście proroczy sposób jest w nim ukazana istota naszego życia parlamentarnego naszej:


Łaźnia stanowiła ulubione miejsce starć między Blokerami i Matusami, nadawała się doskonale do zabiegów higienicznych, nazwanych tak zapewne dlatego, że składały się głównie z masaży, mydlenia, nacierania i wzajemnego szprycowania wodą. Jeśli którejś z band nie udało się zaskoczyć pojedynczego przeciwnika i do akcji włączała się druga banda, dochodziło zwykle do Wielkiej Kołomyi Elementarnej.


Wytwarzała się ona automatycznie na skutek swoistej konstrukcji łaźni, która posiadała dwoje drzwi: jedne, wiodące na korytarz, drugie bezpośrednio na podwórze. Dzięki temu powstawał zamknięty krąg gonitwy. Kiedy zgraja Blokerów wpadała przez jedne drzwi, przez ten czas Matusy uciekali przez drugie. Blokerzy pędzili za nimi, zanim jednak ostatni z nich zdołali wybiec z łaźni, już na karkach siedzieli im Matusy, którzy zdążyli przez ten czas okrążyć łaźnię i wpaść do środka ponownie przez pierwsze drzwi. Rzecz jasna, w tym układzie nie sposób było dojść, kto tu właściwie ucieka, a kto goni. Każdy czuł się jednocześnie ścigającym i ściganym, co oczywiście pomagało obu bandom zachować twarz, dobre samopoczucie i honor, na punkcie którego wszyscy byli bardzo czuli.


Gdybyście zapytali Blokerów, twierdziliby z przekonaniem, że to oni ścigali Matusów, gdybyście zaś zapytali Matusów, odparliby bez zająknienia, że to oni ścigali Blokerów. A najdziwniejsze, że jedni i drudzy mieliby rację.


Stąd chyba brała się wielka atrakcyjność Kołomyi Elementarnej. Atrakcyjność i trwałość. Zwalczana przez pedagogów, tępiona przez woźnego, zamierała na jeden dzień lub dwa, by znów wybuchnąć ze zdwojoną energią. Dawniej zastanawiałem się, dlaczego którejś z czcigodnych biegających stron nie przyjdzie na myśl zmienić taktykę. Wystarczyło przecież zamknąć drzwi i obrócić się przeciw wbiegającym wrogom, by przerwać ten nie kończący się ciąg pościgu i ucieczki, uciąć niesamowity wąż goniących się dryblasów i stoczyć normalną walkę w łaźni. Czyżby to nie było możliwe? Oczywiście, że byłoby możliwe. No tak, ale wtedy nie byłoby Wielkiej Kołomyi Elementarnej. Zorientowałem się wkrótce, że tą szaloną gonitwą rządziły jakieś niepisane prawa. Jakby obie strony milcząco się umówiły, że raz zaczęta zabawa nie może być przerwana ani w żaden sposób odmieniona. I w tym też leżał największy urok Kołomyi.

 

Prawda, że trafny opis?

 

Wróćmy do majdanienia. To, co się działo pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w 2010 roku wszyscy pamiętamy. Ostatnio widzieliśmy film o lewackich bojówkach lesbijek atakujących kościół w Argentynie (http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-marzeny-nykiel/68582-dokad-zmierzaja-lewackie-bojowki-argentynskie-feministki-spalily-kukle-papieza-franciszk-i-brutalnie-zelzyly-katolikow-broniacych-kosciola-przed-profanacja.) Znalazło się tam natychmiast 1500 aktywistów, młodych mężczyzn, aby go bronić. Czy coś takiego byłoby możliwe w Warszawie? Niech każdy sam odpowie na to pytanie.

 

Majdan w Kijowie jest możliwy ponieważ media relacjonują życzliwie (żeby nie powiedzieć usługowo) to, co się tam dzieje. Media tworzą rzeczywistość, jeśli tego chcą i tak jest właśnie na Ukrainie. W określony sposób kierują uwagę na wydarzenia i aktywnie kreują nasze wyobrażenie o sytuacji na Ukrainie. Czy ktoś tym steruje? Kto to wie? W Polsce zapewne dziś byłoby inaczej. Nastąpiłoby medialne wygaszanie i wyciszanie protestów: vide marsz Niepodległości. Żadne poważne siły nie mają interesu w destabilizacji (zmianie)sytuacji w kraju. Z punktu widzenia naszych przeciwników lepiej już być nie może.

 

W Kijowie zapewne ktoś za to wszystko płaci. No bo niby skąd namioty jedzenie i tak dalej. W każdym razie tak było zawsze przy okazji podobnych aksamitnych rewolucji.

 

Cały kontekst medialno polityczny powoduje, że władza mimo wszystko słabiej lub mocniej reaguje na sytuację i to na najwyższym szczeblu. W Polsce system skonstruowany jest tak, że większość działań obywatelskich rozbija się o chiński mur złożony z przemilczania, obojętności, konformizmu, niebotycznej biurokracji i kompletnego zwisu. Obojętnie czy maszeruje sto tysięcy ludzi, czy ktoś się spali przed kancelarią premiera. Nie ma znaczenia. Dziennikarze i politycy widzą to, co chcą widzieć i zainteresowani są sami sobą. Świat jest tylko dodatkiem do ich wirtualnej egzystencji. Media zarządzają naszą uwagą sprawnie i skutecznie. Tylko nielicznym kontestatorom systemu wydaje się, że wszyscy myślą tak jak oni i blogosfera jest siłą, która nas zbawi.

 

Nie ma co sakralizować tłumu, ani przypisywać mu przesadnej inteligencji. Tłum to tłum i rządzi się swoimi prawami. Jest niemoralny, zmienny i gwałtowny. Podatny na działania prowokatorów, tajnych współpracowników i zdrajców. Tłum to jedno, a zorganizowana, samoorganizująca się zbiorowości to całkiem inna jakość.

 

Ukraińcy buntują się przeciw sprzedajnej, skorumpowanej władzy.

 

Co z nami? Może ktoś odpowie.

 

Marek Warecki

Wojciech Warecki

www.warecki.pl






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.