Zawsze kiedy słyszę te słowa: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy Pan Bóg przygotował dla tych, którzy Go miłują", to jakoś tak mnie to wewnętrznie porusza. Opowiem Wam ? Drodzy Czytelnicy historię.
Żyło sobie pewno małżeństwo: Ona i On. Mieli po 35-37 lat. Należeli do osób głęboko wierzących, żyli bardzo zgodnie i byli bardzo szanowani wśród znajomych. Ona uczyła w szkole średniej j. angielskiego, a On pracował w jakiejś firmie, do końca nie pamiętam w jakiej, ale w każdym razie często musiał służbowo podróżować po Polsce. Angażował się też społecznie, działał w harcerstwie i pomagał wielu ludziom. Ona nie widziała świata poza nim. On również bardzo ją kochał, ale często, kiedy rozmawiali o życiu po śmierci, mówił: ? "Pamiętaj, tam nie ma małżeństw". Ona denerwowała się wówczas, ale wiedziała, że mąż ma rację i że tak mówi Pismo Święte. Mieli piękne, duże mieszkanie, ogródek, nie brakowało im właściwie niczego. Po prostu sielanka.
Niestety nie mogli mieć dzieci. Przez wiele lat starali się o nie, ale nie przyniosło to oczekiwanych skutków.
Aż wreszcie przyszedł dzień, kiedy ona i on zaadoptowali chłopca, który miał wtedy może kilka miesięcy. Był malutkim dzidziusiem. Maluszek był mulatkiem ? mama oddała go do adopcji, ponieważ bardzo chciała, żeby miał ojca.
Tak więc dzień, kiedy w domu jej i jego pojawił się synek był dniem wielkiej radości i wzruszeń. Dziecko, którego tak bardzo pragnęli zamieszkało z nimi.
Minęło pół roku. Któregoś dnia on wychodził do pracy. Cofnął się, zapomniał czegoś, a wracając zajrzał do kuchni i powiedział do żony i synka: ? Kocham was.
Po kilku godzinach do drzwi ich mieszkania zapukała policja z wiadomością, że on nie żyje.
To był dla niej straszny cios. Przez lata byli tylko dla siebie, nie było dzieci, a po pół roku od adopcji ginie jej ukochany mąż i tata chłopca, dla którego tak bardzo pragnęła pełnej rodziny jego biologiczna mama.
Całe to zdarzenie było bardzo dziwne, nikt nie potrafił wyjaśnić co właściwie się stało. Ona zadawała sobie tylko jedno pytanie: DLACZEGO?
Świadkowie mówili, że to wiatr zniósł samochód poza jezdnię ? Ona pocieszała się, że jeśli wiatr, to coś od Boga.
Ja dowiedziałam się o tym podczas rekolekcji ignacjańskich, w trakcie Mszy Św., kiedy duszpasterz powiedział, że sprawuje te Mszę Św. za niego.
Dla mnie już było po rekolekcjach, przepłakałam całą Mszę Św. i też miałam w głowie tylko to jedno pytanie ? DLACZEGO?
Gdzieś pod koniec rekolekcji przyszła do nas odpowiedź ? odszedł dojrzały owoc.
Po jego śmierci, zaczęli odwiedzać ją ludzie, których nigdy wcześniej nie widziała. Okazywało się, że to ludzie, którym on wielokrotnie pomógł. Pokochała go jeszcze bardziej i ogromnie tęskniła.
Przyjeżdżałam do niej od czasu do czasu. Zawsze razem chodziłyśmy na cmentarz, gdzie do dziś nie ma pomnika, ale jest brzozowy krzyż i grób porośnięty różnymi pnącymi roślinami, bo on żyje. Pamiętam jak kiedyś modliłyśmy się razem Różańcem i nagle ona się rozpłakała i powiedziała: Wiesz, od jego śmierci nikt się tak ze mną nie modlił.
Pamiętam też wieczór, kiedy u nich w domu modliłam się sama i czułam się taka bezsilna, nie wiedziałam co ja mam jej powiedzieć i prosiłam wtedy Pana Boga o jakieś słowo, nie czary-mary, ale o jakąś myśl. Pomodliłam się do Ducha Św. i otworzyłam Pismo Święte. Wtedy przeczytałam właśnie ten fragment:
"Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć jak wielkie rzeczy Pan Bóg przygotował dla tych, którzy Go miłują".
Myśl o zmarłym przyniosła mi radość i pokój.
Dawno u nich nie byłam. Spotkaliśmy się w zeszłym roku na czwartej profesji naszego duszpasterza ? jezuity. Pan Bóg przez ten czas zmienił ją. Śmierć męża dała jej nowe życie, nowe życie w bliskości z Panem Bogiem.
Taka to historia. Chwała Panu!
H. P.
Źródło: http://www.fronda.pl/blogowisko/wpis/nazwa/ani_oko_nie_widzialo