Łukasz Pijewski: Roboty mamy huk! Z CYKLU: TUSKOLANDIA? → WCIŚNIJ DELETE!
data:24 listopada 2013     Redaktor: MichalW



Teatr od zarania swoich dziejów był zjawiskiem podejrzanym. Możliwe, że ze względu na janusową dwuznaczność sztuki teatru (a zapewne także „sztuki” w ogóle). Chcąc bowiem opowiadać o naszym grzesznym życiu, zawsze – en masse – rozpięty był między plugastwem i sprośnością z jednej, a wzniosłością i czystością z drugiej strony.

 

Od pewnego czasu wydarzenia w rozmaitych teatrach, galeriach i salach koncertowych budzą wstręt, oburzenie i oczywiście konieczność ekspiacji Dobremu Bogu. Coraz częściej bowiem pojawiają się szczególnie jadowite formy działalności pseudoartystycznej, bo nie można tego nazwać sztuką, zrodzone ze zjawiska nazywanego postmodernity. Ich cechami charakterystycznymi jest brutalna monopolizacja i zawłaszczanie przestrzeni sztuki tak, aby służyła apologii fałszywie rozumianych wartości — swego rodzaju złowieszczy sabat oddający hołd światu demonów.

Budzi to konieczność przyjrzenia się, mówiąc symbolicznie – głowom, sercom i wątrobom – czyli generalnie kondycji współczesnych twórców.

Czesław Miłosz w Ogrodzie Nauk (1981 r.) rozmyślając o tym zagadnieniu – nazwani są „inteligencją twórcza”, „dzierżawcami Muz”, „powiernikami Muz” – przywołuje kapitalną opowieść zaczerpniętą Daudeta, o kółku myśliwskim z Tarasconu. „Myśliwi z miasteczka Tarascon co niedziela wyruszali gromadą na łowy jakkolwiek doskonale wiedzieli, że w okolicy mieszka tylko jeden zając, gruntownie już przez nich ostrzelany. Ale sama czynność – a składały się na nią: czyszczenie dubeltówek, ubieranie się w przepisowe stroje, zbiórka, czujność podczas kiedy posuwali się tyralierą po rżyskach itd., była przecie ważniejsza niż zdobycz, choć samej zdobyczy nie należało, teoretycznie, wykluczać i ostatni zając był z nimi w cichej zmowie. Za niezwykle szybkim wzrostem liczby twórców wszelkiego rodzaju, tak że szeregi ich są równe tysiącom kółek myśliwskich Taraskonu, może kryć się przykry sekret, bo co by było gdyby okazało się, że nie ma już zająca?”

Zającem tropionym przez twórców, jest, zdaniem poety, wiara, przekonanie o istnieniu substancji człowieka, czy też nieco inaczej: jego substancjalność. Jest to pojęcie dość niejasne, niemniej ono właśnie powoduje, że akt twórczy rozumiano na przestrzeni wieków, a i do ostatnich dni (czyli do końca XVIII w.), jako „akt zażegnujący” bezustanne zagrożenia, płynące z presji otaczających nas sił bezładu, nicości i chaosu.

Brak zainteresowania, obojętność czy wręcz odrzucanie przez publiczność współczesnej „artystycznej fikcji”, jest spowodowane – jak chce Miłosz – instynktownie odgadywaną w dziełach niewiarą twórców w realność, w ową właśnie substancjalność tego, co przedstawiają. Ten niedostatek sprawia, że współcześni twórcy bardzo często niczego nie utwierdzają ani nie zażegnują, a ich realizacje, często sprawne technicznie, są w istocie kabotyńskim bełkotem utwierdzającym ich zgubną pychę i ponad miarę rozdęte ego. W eseju Miłosz zapisał trzy istotne tezy o twórcach.

Nota bene książkę Ogród Nauk, skąd czerpię cytaty, wydano w Instytucie Literackim w Paryżu w 1981 roku. Cóż to za szmat czasu? Kiedy to było? Zaiste zadziwia profetyzm, bystrość oka i znajomość rzeczy autora.

Oczywiście ani książki Miłosza, ani wiele innych dzieł, dużo istotniejszych niż akurat one, stanowiących polską refleksję nad szeroko rozumianą współczesnością, nie jest publicznie w Polsce dyskutowanych.

Rozśmieszył mnie kiedyś rysunek, na którym stojący na katedrze prelegent zwraca się do widowni i wskazuje stojącą obok dziewkę hożą w ludowym przyodziewku, mówiąc „a to jest właśnie panna Maryna, o której będziemy mówić, gdy rozmowa zejdzie z głównego toru”.

Dziś dziewka hoża wlazła na katedrę, prelegent z kolesiami nabija kabzę, a debatę o polskich sprawach istotnych zastąpiły kukły tematów zastępczych o nieistotnych duperelach…

Od razu dodaję i podkreślam grubą krechą, że za szklaną górę polskiej debaty publicznej uważam oczywiście tragiczną sprawę katastrofy smoleńskiej. Dławienie poważnej publicznej dyskusji o najistotniejszej z polskich spraw, jak w soczewce skupiającej wszystkie pozostałe, było do momentu utworzenia przyczółków szeroko rozumianej SWS, przekleństwem zeitgeistu opanowanego sprytnie przez plugawe siły nicości.

Przypominam zatem pro publico bono trzy miłoszowe tezy o sytuacji twórców.

  1. Nie ma już zająca. — Co nie zapowiada upadku myśliwskiego obrzędu. Przeciwnie, im powszechniejsza jest świadomość, że to wszystko na niby, im częściej jedni drugim pokazują na usta, psst, sza, żeby nie wyjawiać tajemnicy, tym więcej ceremoniału i namiętności i nawet frenezji.
  2. Twórców będzie przybywać. — Ich wygrana jako grupy społecznej („inteligencja twórcza”) nie ulega wątpliwości, to znaczy głównym źródłem ich utrzymania będą datki państwowe albo municypalne.
  3. Sposób ich rekrutacji zależeć będzie od taktyki, jaką obiorą zarządzający finansami publicznymi czyli dzierżyciele władzy. Zasadniczo są możliwe dwie taktyki, a także ich rozmaite ich odmiany i połączenia. Albo wykorzystuje się nagromadzone energie puszczając mechanicznego zająca (cele polityczno-wychowawcze), co na jakiś czas zapewnia korzyści, bo wszyscy, którzy za nim gonią są przekonani o ważności swojej roli. Albo, żeby mieć spokój, neutralizuje się twórców pozwalając im na tzw. swobodne eksperymenty, co jako  że nie ma już zająca, doprowadza ich do zupełnej niekomunikatywności, stawania na głowie, udawania, że SĄ jaszczurkami, krzesłami itp.

Nic dodać nic ująć. Dociekliwych odsyłam do źródła.

Teatr w prylu, stanowiąc artefakt tzw. opinii publicznej, przemycał niekiedy niewygodne dla komunistycznego reżimu sytuacje i opinie. Publiczność była ich spragniona jak przysłowiowa kania dżdżu. Wystarczyło delikatnie zaakcentować „Dania jest więzieniem” i od razu nawiązywała się nić porozumienia. Była to jednak oczywiście sytuacja sztuczna i zwycięstwo pozorne. Na bezrybiu jednak i rak ryba. O sztuczności tej właściwości prylowego teatru świadczy to, co z niego po 1989 r. zostało. Nul.

Teatr III RP w zdecydowanej większość realizacji napiętnowany został ideologią papuzio zaczerpniętą z natrętnych quasi-intelektualnych manipulacji Nowej Lewicy typu „post—”, i nie jest jak sądzę wart uwagi ludzi organicznie odrzucających mentalny bełkot.  

Zajście jakie miało miejsce parę dni temu – przerwanie spektaklu Starego Teatru w Krakowie przez część widzów i następnie głośne recenzowanie przez nich tej realizacji – budzące nader wzmożony szum medialny wszelkiej lewizny z GieWu na czele, nie oburza, a zdrowo śmieszy.

Śmieszy także groteskowa reakcja dyrektora teatru, który – jak sam słyszałem w YT – głośno wykrzykiwał do widzów „wynoście się z teatru!!!”. Te okrzyki były zdecydowane i budzą podejrzenie, że wyrażały prawdziwe uczucia twórcy. Cóż to było? — Pycha? Kabotyństwo? Rozpacz? A może żałosne świadectwo braku profesjonalizmu?

Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Jakeś prowokator - to masz na akcję reakcję.

Nuda jest najstraszliwszą plagą naszych czasów – zauważył E. Fromm. Nie żałuję, że osobiście nie mogę obejrzeć spektaklu Do Damaszku Strindberga w Starym Teatrze w Krakowie. Autor mało interesujący a często właśnie wręcz – nudny. Gdy zaś czytam o rozmaitych realizacjach reżysera sztuki, nic w nich, jak dotąd, nie wzbudziło mojego zainteresowania. Jest to zapewne również teatr nudy i rozmaitych eksperymentalnych porażek. Jakieś smętne monotony art ? Możliwe, że jego twórca uwierzył w zasłyszane, tak niegdyś prorocze zdanie Stomila, wygłoszone po raz pierwszy w połowie zanarchizowanych lat 70.: „Kiedy tragedia jest już niemożliwa, a farsa nudzi, pozostaje tylko eksperyment.”

Ta sentencja będąca ówcześnie zapowiedzią ponurego nihilizmu, który zaczął zawłaszczać ogromne połaci tzw. „kultury współczesnej”, wyrastającej w bagiennych oparach zateizowanej i zrewoltowanej myśli ideologicznej komunizmu, nazizmu i tzw. Nowej Lewicy, dziś nikogo, kto ma choć trochę oleju w mózgownicy, nie jest w stanie oświecić. I dlatego niegdyś zabawna tragifarsa o ponurych wydarzeniach w stomilowym domu, dziś mocno już zwietrzała i powoli schodzi do kategorii historycznych ramot, sztuk teatralnych może nie tak bełkotliwych jak „Do Damaszku” modernisty Strindberga właśnie, ale jest już jednak tylko zabytkiem prylu.

Publiczność ma oczywiście prawo do wyrażania (nawet we wręcz wrogiej formie) swoich reakcji na każdą artystyczną szmirę. Ostatecznie płaci i podatki, i za bilety.

A minister Zdrojewski może sobie stawać „za dyrektorem” na głowie, na kolanach, w rozkroku, tyłem i przodem – wsio rawno – nic to nie zmieni: szmira pozostanie szmirą. Jako znawca kultury i filozof, a jak przypuszczam zapewne – postmodernista, wie co robi, płacąc za ten i za inne rozmaite bełkoty. Ale – do czasu!

W odniesieniu do reakcji na plugawość świata, w tym na różne realizacje „artystyczne”, bardzo mnie cieszy zmiana zachodząca po stronie Polski pobożnej, konserwatywnej i narodowej. Właśnie! Dość lamentów i narzekań! Już czas częściej brać w ręce różańce, lecz pamiętajmy także o przysłowiowych śmietankowych tortach, zgniłych pomidorach i oczywiście zepsutych jajach etc.

Biorąc pod uwagę kondycję polskiego środowiska twórczego, nie mówiąc o innych – środowisku naukowym, mediach, celebrytach, sądownictwie, bankowcach, politykach tzw. „byznesmenach” i wspólnocie zgrupowanej wokół centrali przy Al. Ujazdowskich 1/3 etc. – ROBOTY MAMY HUK!

Łukasz Pijewski

[Z CYKLU: TUSKOLANDIA? → WCIŚNIJ DELETE!]






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.