Ewa Kurek - Fragmenty książki i  wyjątkowe spotkanie
data:27 sierpnia 2013     Redaktor: Redakcja

Tylko u Solidarnych 2010 pod Namiotem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie!
8.09 o godz.16.00 wykład dr Ewy Kurek :



[Fragmenty książki E. Kurek „Zaporczycy 1943-1949” oraz
relacji zebranych w tomach: „Zaporczycy – Relacje”, T. I-V.]


Oddział dyspozycyjny Kedywu należący do lubelskiego inspektoratu AK od wiosny 1943 roku działał na terenie trzech obwodów: lubelskiego, puławskiego i kraśnickiego. Od lutego 1944 roku oddziałem dowodził cc ppor. Hieronim Dekutowski ps. „Zapora” (1918-1949), zwany komendantem zarówno przez swoich żołnierzy, jak i ludność, na której terenie działał do roku 1947. Oddział „Zapory” miał na swoim koncie kilkadziesiąt akcji zbrojnych.  Największą z nich, uważaną także za największą akcję partyzancką Lubelszczyzny czasów okupacji niemieckiej, była akcja w lesie pod Krężnicą Okrągłą, na szosie pomiędzy Chodlem a Bełżycami. Dość szczegółowy i wierny obraz bitwy przekazali w swych relacjach uczestniczący w niej żołnierze: 24 maja 1944 roku w Krężnicy Okrągłej oddział nasz stoczył bitwę, w której zdobyliśmy 56 jednostek broni – tylu Niemców zostało wówczas zabitych.  W godzinach rannych zajęliśmy stanowiska po wschodniej stronie lasu. Nadjechał osobowy samochód, w którym pod eskortą cywilnego Niemca i granatowego policjanta przewożono milion złotych. Po linii poszła budująca wiadomość o zdobytej gotówce, gdyż potrzebne były pieniądze na podstawowe wydatki oddziału, w którym częściej było głodno niż syto.  Zabraliśmy swoich zabitych i rannych, broń zdobyczną oraz dziesięciu jeńców i wycofaliśmy się. Dwóch kierowców, Polaka z poznańskiego i Czecha wcielonego przymusowo do Wehrmachtu, przyjęliśmy do oddziału. Z naszych żołnierzy polegli: Marian Figlus ps. „Mewka”, Edward Szabesta ps. „Czarny”, Jan Smutek ps. „Swen” oraz Stanisław Pietras ps. „Gwizd”.  
25 lipca 1944 roku na Lubelszczyznę dotarły wojska sowieckie. Zaczęło się wielkie polowanie na żołnierzy Armii Krajowej. „Zapora” stanął na czele represjonowanych żołnierzy lubelskiego inspektoratu AK. Wiosną 1945 roku stan osobowy jego oddziału partyzanckiego był zbliżony do stanu z okresu końca niemieckiej okupacji i wynosił około 200 żołnierzy; podporządkowany mu został wówczas oddział Stanisława Łukasika ps. „Ryś”.
Koniec roku 1945 był dla oddziałów „Zapory” niezwykle ciężki. Ujawnieni latem żołnierze znów musieli kryć się przed aresztowaniami. Wyprawa na Zachód nie udała się, czeska bezpieka schwytała i osadziła w praskim więzieniu zastępcę komendanta kpt. Aleksandra Głowackiego ps. „Wisła”, a warszawska bezpieka aresztowała drugiego komendanta, Stanisława Wnuka ps. „Opal”. Na wieść o aresztowaniu „Opala”, komendant „Zapora” zarządził koncentrację podległych mu żołnierzy i tuż po świętach Bożego Narodzenia wyprowadził ich z Lubelszczyzny. Wyruszyli z Rzeczycy koło Kazimierza. Nie było mrozu ani śniegu. Zaufani przewoźnicy przewieźli ich przez Wisłę. Poszli w stronę Puszczy Kozienickiej. Pod względem żywności we wsiach było bardzo źle. W jednej z chat gospodyni miała tylko jedno jajko. Ugotowała je i podała „Zaporze”. – Tyś najmłodszy i pewnie najbardziej głodny – komendant zawołał szesnastoletniego „Gitarkę” i rozkazał zjeść jajko.
Lasami przedzierali się w stronę Warki, a potem wzdłuż Pilicy w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego. Byli brudni i zawszeni. Nie było sposobu, aby pozbyć się wszy. Jak miał jeden, to mieli wszyscy. A jeśli umył się tylko jeden i tylko jeden założył czystą bieliznę, to do niego zawsze nalazło najwięcej. – Chłopaki, trzeba ten problem raz na zawsze rozwiązać. Musimy w jednym dniu wszyscy założyć czystą bieliznę i nowe ubranie. Nie ma innego sposobu, bo nas zamiast bolszewików, wszy pozżerają – powiedział „Zapora”. A gdy trafili na jednostkę wojskową położoną na skraju niewielkiego miasteczka, dał rozkaz do rozbrojenia warty i rozejrzenia się za magazynami. Żołnierze jednostki ze zdziwieniem patrzyli na wojsko, które nie przyszło ich zabijać, lecz ładowało do worków gacie, ciepłe kalesony, czapki, mundury i jeśli pasowały, nowe buty.
W szalonym marszu pokonali kilkadziesiąt kilometrów i odskoczyli od jednostki. – No, chłopaki, chyba starczy. Teraz po pięciu na kwaterę. Kąpiemy się pojedynczo. Jak skończy jeden, zaczyna drugi, żeby w razie czego można było odskoczyć – zarządził „Zapora”. W stojącym pod lasem domu zakwaterował „Miś”, „Mikołaj”, „Gitarka”, „Zimny” i jeszcze któryś z chłopaków. „Miś” skończył kąpiel. Szykował się do niej „Gitarka”, gdy od strony szosy padły strzały. Potężny „Miś”, bez munduru i płaszcza, z erkaemem w dłoni, wyskoczył boso na drogę. Za nim rozebrany „Gitarka”, który na szczęście nie zdążył jeszcze zdjąć butów. Sznur samochodów resortu. Bitwa. Odskoczyli bez strat. Pół oddziału w nowym ubraniu. „Miś” został goły i bosy. Na jego ogromne nogi nie pasowały żadne buty. Obwiązał je szmatami.
Nocą zbliżyli się do jakiejś dużej wsi. Komendant „Zapora” zarządził absolutną ciszę. Rozwinęli się w długi sznur. Szli cicho, tak jak tylko oni potrafili. Nie zaszczekał pies, w oknie nie zapaliło się żadne światełko. Na skraju wsi stał kościół. Obok, pośród drzew, plebania. – „Maciek”, „Gitarka”, podejdźcie cicho i obudźcie księdza – rozkazał „Zapora”. Chłopcy podeszli pod okna plebanii. – Proszę księdza, proszę otworzyć, polskie wojsko idzie! – szeptali pukając delikatnie. Odpowiedziała im cisza. Prosili, nalegali. Wtem nad ich głowami rozległ się w głuchej ciszy dzwon. – Ojcze duchowny, przestań dzwonić! Otwórz, my jesteśmy polskim wojskiem! Polscy partyzanci przyszli! – starał się przekrzyczeć huk dzwonu „Maciek”.
Ale ojciec duchowny nie słyszał lub nie chciał słyszeć. Dzwonił dalej. Dopiero teraz spostrzegli, że ze strychu plebanii wychodzi w stronę kościelnej dzwonnicy sznur. – Wycofujemy się! – zarządził „Zapora”. Odezwały się psy. Z oświetlonych domów w stronę kościoła zaczęli nadbiegać ludzie. Partyzanci zalegli cicho w pobliskich krzakach. Wśród biegnących chłopów mignęły mundury członków ORMO. – Co się stało, proszę księdza? To my, swoi! – wykrzykiwali. Ksiądz przestał wreszcie bić w dzwon i otworzył drzwi. – To był napad! – huczał donośnym basem wpuszczając parafian do środka.
„Zapora” podprowadził chłopaków pod okna. Otoczyli plebanię. Chwilę słuchali przechwałek mieszkańców wsi, z których jeden ponoć widział napastników, a drugi ich gonił. – Ręce do góry, proszę oddać broń, plebania jest otoczona! – „Zapora” wszedł do rozświetlonego holu budynku. – To nie jest napad, proszę księdza, to polskie wojsko, które nie poddało się bolszewikom. Niepotrzebnie ksiądz narobił tyle szumu. Nic nikomu nie grozi. Tyle, że parafianie muszą stracić broń – powiedział do proboszcza. – Przepraszam, panie kapitanie, nie wiedziałem. Myślałem, że to bandyci, że to jakiś napad. – Przecież chłopcy mówili, że jesteśmy wojskiem. – Ależ, panie kapitanie, każdy się może podać za wojsko. Czy pan nie wie, co się teraz dzieje? Mało to napadów? Bandytyzm, panie kapitanie, szaleje w tym kraju. Świat czegoś podobnego jeszcze nie widział – rozgadał się ksiądz. – Niestety, nie mamy wiele czasu. Poproszę o kolację dla czterdziestu żołnierzy. Do naszego odejścia wszyscy zgromadzeni tutaj mieszkańcy pozostaną na plebanii. I proszę nie próbować ucieczki, bo zmuszeni będziemy strzelać – przerwał mu „Zapora”. – Kolacja dla czterdziestu chłopa!? – złapał się za głowę ksiądz. Nie protestował jednak.
Podczas gdy gospodyni szykowała jedzenie, „Miś” podszedł do upatrzonego wcześniej wieśniaka. – Z postury nie wygląda pan na tak wielkie nogi. Potrzebuję butów i przepraszam, ale łatwiej panu będzie dojść na bosaka do domu niż mnie maszerować w szmatach dziesiątki kilometrów. Proszę to potraktować jak rekwizycję. Jeśli trzeba, wystawię kwit – powiedział z wyszukaną elegancją. Chłop posłusznie ściągnął oficerki. „Miś” przymierzył. – Dobra robota. Trafiły mi się jeszcze lepsze niż te, które straciłem – mruknął zadowolony i poklepał cholewki.
Porządną kolację zjedli jednak dopiero w Spale. Podeszli pod miasteczko cicho, wczesnym zimowym zmierzchem. Budynek rządowy rozświetlały liczne światła. Po udekorowanych salach, wśród rozstawionych stołów kręcili się jacyś ludzie, czyniąc ostatnie przygotowania do mającego się odbyć następnego dnia balu. W ogromnej kuchni kilka kucharek przygotowywało stosy kotletów i pierogów. Spiżarnia pełna była wykwintnych wędlin. Obsługa budynku w pierwszej chwili zgłupiała. Nie mogli zorientować się, z kim mają do czynienia. – Budynek zajęło polskie wojsko. Proszę zastawić stoły do kolacji! – Jakie polskie wojsko? To nie dla żołnierzy żarcie, tylko dla rządu! Wynocha stąd! – rozdarła się najgrubsza i najstarsza ze stojących przy kuchni bab. – Z szacunkiem, paniusiu, z szacunkiem trochę. Mówi do pani kapitan wojsk Rzeczpospolitej Polskiej, dowódca oddziału partyzanckiego. Proszę spojrzeć, na naszych czapkach nie jakieś tam wrony, tylko prawdziwe orły z koroną – powiedział z uśmiechem „Zapora”. – O Jezusie Nazaretański! Toż to jakby nasz świętej pamięci major „Hubal” z grobu wstał! Tylko pan kapitan jakby trochę mniejszy i bez brody… Toż trzeba było od razu mówić, że nasi przyszli, a nie o wojsku gadać! – rozczuliła się kucharka. – Dziewuchy, a żywo, kotlety smażyć i na stół podawać! A póki co, śledzi i szynki niech żołnierzycy pojedzą, bo takie to widać zmarniałe, niedożywione przy tych bolszewikach, że aż serce ściska – ofuknęła stojące obok niej dziewczyny i zagoniła do roboty.
Zasiedli do stołów. Późną nocą kucharki ładowały do partyzanckich plecaków suchą kiełbasę, chleb, wędzone boki, szynki i wódkę. – Na zdrowie, panie kapitanie! Niech was Bóg prowadzi, chłopaczyny moje! Taki to już nasz los… – żegnała ich ze łzami w oczach stara kucharka.
W drodze powrotnej resort deptał im po piętach. Spadł niewielki śnieg, ziemię ściął ostry mróz. Jak zawsze maszerowali nocą, w dzień kryjąc się po kwaterach. – Dziś musimy przejść Radomkę, a za rzeką, w puszczy, zgubimy pościg i do domu – powiedział „Zapora”. O zmierzchu wyruszyli w drogę. Przeszli szeroki trakt i szli w kierunku płynącej w tym miejscu półkolem rzeki, gdzie według mapy powinien znajdować się mostek. Za nimi w oddali migały światła reflektorów ubowskiego pościgu.
Mostku na rzece nie było. Napięta na mrozie lina świadczyła o tym, że gdzieś tam, na przeciwległym brzegu, stoi prom. Biegające z różnych kierunków światła reflektorów na pobliskiej szosie i bezustanny warkot motorów nie dawały żadnych szans na odwrót. Po drugiej stronie rzeki panował martwa cisza. Tylko w mroku nocy majaczyło na wzgórzu kilka uśpionych chałup. – Przewóz, prom! – zakrzyczeli żołnierze. Nikt im nie odpowiedział. Co zrobić? Do najbliższego mostu co najmniej dwa kilometry. Nie dojdą. A tutaj siedzą jak w worku. Albo spróbują przepłynąć rzekę i się potopią, albo będą się przebijać i może któryś przejdzie… Ktoś wygrzebał z krzaków małą łódkę. – Kto najlżejszy? – zapytał „Zapora”. – „Gitarka”! – odpowiedzieli. – „Gitarka”, teraz życie całego oddziału w twoich rękach! Łap się tej liny i hulaj na czółenku na drugą stronę. Budź przewoźnika! – krzyknął „Zapora”.
Chłopcy, żeby „Gitarka” był lżejszy, zdjęli z niego wszystkie zbędne rzeczy. Zostawili mu jedynie mundur i automat. Pod nogi podsunęli mu łódeczkę i ześliznęli ją z nim po lodzie. Dalej rwąca głębia rzeki. „Gitarka” chwycił mokrymi rękami zamarzniętą stalowa linę. Skóra obu dłoni została mu na metalu. Poczuł potworny ból. Prąd rzeki wyrywał spod nóg łódkę. Metr po metrze, pomalutku, „Gitarka” przesuwał się jednak do przodu. Na środku rzeki łódka była już do połowy wypełniona wodą. Gdy myślał, że nie będzie w stanie wytrzymać dłużej bólu, że nie znajdzie w sobie siły, aby po raz kolejny przyłożyć rękę do zamarzniętej liny i zostawić na niej kolejną warstwę ciała, czółenko stuknęło o lód na przeciwległym brzegu rzeki. Lód załamał się, czółenko poszło na dno. Jeszcze tylko kilka dotknięć lodowatej liny i zbawczy kołek promu. Przy nim lód był mocny na tyle, że „Gitarka” mógł dojść do brzegu. A potem szalony bieg do pierwszej chałupy. – Przewoźnik! – krzyczał chłopak i walił co sił w okno. – Przewoźnik w następnym domu! – odkrzyknął mu przerażony chłop. – Chodź ze mną! Prowadź! – „Gitarka” wycelował w chłopa automat.
Było mu wszystko jedno. Prom musiał ruszyć. – Wojsko polskie! Stoimy, krzyczymy, prom natychmiast potrzebny! Piorunem! Wojsko polskie po tamtej stronie stoi! – darł się do przewoźnika. – Tu nie było słychać… – odpowiedział chłop trzęsącymi się rękami zakładając odzienie. We trzech pobiegli do promu. – Panie, nie ruszymy go. Zobacz pan, w lód zakuty! Tu trzeba będzie rąbać siekierami, łomami, żeby to odrąbać, bo inaczej nie pójdzie! – odrzekł przewoźnik.
„Gitarka” wrócił po resztę chłopów. Wszystkie domy postawił na nogi. – Brać siekiery, łomy, bosaki i do promu! A który nie posłucha, kula w łeb! – straszył jak mógł, byle tylko uruchomić prom. Chłopi nie potrzebowali już straszenia. Widzieli, że po drugiej stronie stoją partyzanci. Za nimi, po łące, świeciły reflektory bolszewickich samochodów. Pracowali co sił w rękach. Łom, siekiera, bosak… Wreszcie przewoźnik wszedł na prom. Linka drgnęła. „Gitarka” z biciem serca patrzył, jak koledzy w coraz jaśniejszym świetle reflektorów wskakują na platformę, a potem liczył dzielące ich od niego metry i porównywał z odległością dzielącą samochody resortu od przeciwległego brzegu. – „Gitarka”, ty sam nie wiesz, co zrobiłeś! – „Zapora” pierwszy zeskoczył z promu, przytulił chłopaka i serdecznie uściskał. Tymczasem żołnierze przecięli linę promu, poprawili granatami, aby nie skorzystał z niego resort i wraz z chłopami odskoczyli w stronę stojących na wzgórzu domów. Światła bolszewickich reflektorów oświetliły pusty, wydeptany partyzanckimi butami brzeg.
Według relacji Aleksandra Głowackiego ps. „Wisła”, zastępcy „Zapory”: Na początku lata 1946 roku w skład zgrupowania WiN cc „Zapory” wchodziły oddziały: Jana Szaciłowa ps. „Renek”; Michała Szeremieckiego ps. „Miś”; Romana Grońskiego ps. „Żbik”; Tadeusza Skraińskiego ps. „Jadzinek”; Stanisława Jasińskiego ps. „Żbik”–„Samotny”; Stanisława Łukasika ps. „Ryś”; Zdzisława Brońskiego ps. „Uskok” i Woźniaka ps. „Szatan”. (…) Rosła częstotliwość ataków różnej wielkości grup UB, KBW, ORMO i MO, które taktyką ciągłego nękania nas i nasilania represji wobec ludności cywilnej usiłowały pozbawić nas możliwości partyzanckiego bytowania. (…) W pierwszej połowie sierpnia 1946 roku „Zapora” na czele oddziałów „Misia”, „Renka” i „Żbika” udał się za rzekę San. Ja z niewielkim oddziałem oraz „Ryś” i „Jadzinek” wraz ze swymi oddziałami operowaliśmy w powiecie lubelskim. Postanowiłem przeciwdziałać dalszej eskalacji ataków UB i KBW na nasze oddziały. W tym celu wieczorem 23 września 1946 roku wkroczyłem na rynek w Bełżycach ze swym oddziałem oraz oddziałami „Jadzinka” i „Rysia”. Niezwłocznie zlikwidowaliśmy miejski posterunek MO, a potem, nie spiesząc się zbytnio, dość demonstracyjnie, późną nocą furmankami-podwodami wyruszyliśmy w kierunku Chodla. Za Krężnicą zwolniliśmy podwody i szosą doszliśmy do skraju niewielkiego lasu. Tym razem nie zamierzaliśmy się wycofywać, lecz odeprzeć każdy atak. Zaatakowano nas 24 września 1946 roku w godzinach rannych.
Szosa z Bełżyc do Chodla leci takim łukiem, a po obu stronach rośnie las – uzupełnia relację „Wisły” jego żołnierz, Eugeniusz Mordoń ps. „Gitarka”. – Tam w maju 1944 roku „Zapora” rozwalił Niemców. To jest dobre miejsce na zasadzkę. Od strony Chodla wysłano tylko tylne ubezpieczenie. Poszliśmy w trzy erkaemy. Pamiętam, że przy jednym erkaemie był „Długi” ze „Szczurkiem”, przy drugim Maniuś „Pilot” i ja, ale nie pamiętam, kto był przy trzecim erkaemie. Do dziś z tamtego ubezpieczenia żyje jeszcze tylko „Szczurek”, ale i on nie pamięta załogi trzeciego erkaemu. Samochody z Lublina, z Bełżyc jechały zawsze tamtędy. Była u nas taka zasada, że jak jedzie jeden samochód wojska, nie zaczepiać. Zaatakować dopiero wtedy, jak będzie jechała kolumna. Ale bolszewicy też nie byli głupcami. Połapali się. Jedzie wojskowy amerykański samochód studebecker. Patrzymy, pusty. Jeden żołnierz tylko stoi. Żeby nie zdradzać się, że to zasadzka, to my zachowujemy się cichutko. Pojechał. A oni kładli się w tych burtach i nie było ich widać. Jeden żołnierz tylko stanął, to wydawało się, że pudło samochodu jest puste. Tak jak gdyby wiedzieli, że tam jesteśmy. Myślę, że na pewno o tym wiedzieli. Ale u nas cała zasadzka obstawiona była od strony Bełżyc, od Lublina. Liczyliśmy, że stamtąd nas zaatakują.
Zalegliśmy w trzy erkaemy na skraju lasu. Odległość pomiędzy nami była może 70–100 metrów. (…) Przy lesie biegła droga. Żeby chłopi nie wjeżdżali do lasu po drzewo, to był taki zaorany rów, którego brzeg tworzył mały nasyp. Właśnie za tym nasypem położyliśmy się, koło dębu, a na wzgórku ustawiliśmy erkaem. W plecaku mieliśmy jabłka, więc gryziemy te jabłka. Z początku żałowaliśmy, że nie będziemy widzieć walki, bo zasadzka po tamtej stronie lasu leży, to nic nie zobaczymy. Leżymy sobie spokojnie. Przyleciał ktoś od nas, chyba „Wisła”, spytać, co słychać. Drogą na Chodel jeden samochód pojechał, za jakiś czas drugi, potem trzeci. Wszystkie puste. Znowu czwarty z jakimiś cywilami pojechał, też w stronę Chodla. A to bolszewiki grupowali siły w Chodlu. Dlatego się kładli w samochodach, żeby ich nie było widać. Ale wtedy to my z Mańkiem jeszcze niczego nie podejrzewaliśmy.
Ale tak się przyglądamy, a tu… Bo jak zza wzniesienia wychodzi człowiek, to widać mu najpierw czubek głowy, potem coraz wyżej… To wygląda na początku jak kretowisko, które rośnie. Przyglądamy się, a tu jakieś sto czy dwieście metrów od nas, jak okiem sięgnąć, pełno kretowisk rośnie! Po chwili już po pas ich widać. Tyraliera niemożliwie wielka na nas idzie! Co robić? Strzelać chyba! – Maniuś, bij z erkaemu! – mówię do Mańka, bo ja u niego amunicyjnym byłem. Ale spoglądamy na tamten erkaem z boku. Też już się chłopaki przyczaili. Ale na razie nie strzelają. Podpuszczamy więc ich bliżej. Jak podejdą nam już blisko, jak już wejdą na tę równinę…Chcieć dać znać tamtym z przodu, to musiałby któryś z nas do nich lecieć. A nas tylko sześciu i jeszcze osłabiać erkaemy? Niemożliwe. Bolszewiki podeszli nam już prawie na rzut granatem, jak otworzyliśmy do nich ogień. Z tych trzech erkaemów na raz. Ale jak zagrały nasze erkaemy, jak zagrały też bolszewickie, to nasi z przodu już wiedzieli, że coś tu się dzieje.
Pierwszy, pamiętam, przyleciał kapitan „Wisła”. – Co jest, chłopaki?! Boże kochany! – krzyknął. Nie czekał na odpowiedź i pognał z powrotem. Ale chyba zanim nawinął, zaczęli się zlatywać chłopaki od przodu. Wysłał „Wisła” któregoś pewnie, żeby całe siły ściągać. Co parę minut dolatywali chłopaki i wszystko to kładło się obok nas, za tym nasypkiem na brzegu lasu.
Całe uderzenie poszło na nas. Broniliśmy się chyba z dziesięć minut, niczym przegrupowanie nastąpiło, a może więcej na te trzy erkaemy ich trzymaliśmy. Ale jak który z chłopaków dolatywał, to od razu ognia w bolszewików. W końcu trochę ich od tego ognia zaczęło padać, więc zaczęli się skokami wycofywać. Walka trwała… nie wiem jak długo. Jak już u bolszewików widać było załamanie, to któryś od nas stanął i krzyknął: – Chłopcy! Naprzód! Nie wiem, który to był: „Wisła”, „Jadzinek” czy może kapitan Stanisław Łuksik ps. „Ryś”? A może to nawet był któryś ze zwykłych chłopaków? Tego nie mogę powiedzieć, bo człowiek takich rzeczy nie pamięta. W tym momencie wszystko się podniosło i z lasu wyszła na bolszewików nasza nawałnica. Jak bolszewicy to zobaczyli, jak biedne zaczęli zmykać… Który tam był jeszcze żywy, to pouciekali. Pamiętam, przeskakiwało się przez nich. W każdym razie już na końcu to pogoniliśmy ich z pół kilometra do przodu. Szczęście, że „Wisła” nas wtedy wysłał na ubezpieczenie. Bo jakby nam bolszewicy do lasu wleźli, to byśmy już ich nie wygonili. To byłby koniec. A jaka ich była siła? Kilka kompanii chyba. A nas, co nas tam było? Dwa plutony: pluton „Jadzinka” i pluton „Rysia”. Może nas było trzydziestu, może trochę więcej ludzi. Myślę, że nie więcej. W bitwie pod Krężnicą Okrągłą we wrześniu 1946 roku „bolszewicy”, jak partyzanci nazywali oddziały UB i KBW, ponieśli straty w liczbie 16 zabitych i kilkunastu rannych. Spośród żołnierzy majora „Zapory” nie zginął nikt.
Szczątki komendanta cc majora Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora” i kapitana Stanisława Łukasika ps. „Ryś”, zamordowanych 7 marca 1949 roku, odnalazła grupa ludzi dobrej woli skupiona wokół dr Krzysztofa Szwagrzyka. Spośród żołnierzy „Zapory”, na warszawskiej „Łączce” znalezione zostały także szczątki zamordowanego wraz z nimi por. Tadeusza Pelaka ps. „Junak”.
Ewa Kurek

Sylwetka:
Ewa Kurek - doktor historii, absolwentka Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, jest reżyserem pięciu filmów dokumentalnych o Hieronimie Dekutowskim "Zaporze" i Zaporczykach oraz autorką wielu artykułów i siedmiu książek poświęconych drugiej wojnie światowej;  książki Ewy Kurek zostały przetłumaczone na język angielski i wydane w USA. Wyniki swych badań nad problemem stosunków polsko-żydowskich Ewa Kurek prezentowała na międzynarodowych kongresach naukowych oraz podczas wykładów, między innymi w Yad Vashem, Jerozolima (1988), Princeton University, USA (1993), Columbia University, USA (2007). Wstęp do książki Ewy Kurek pt. Dzieci żydowskie w klasztorach napisał Prof. Jan Karski, odznaczony pośmiertnie najwyższym odznaczeniem Stanów Zjednoczonych za zasługi w ratowaniu polskich Żydów. W 2008 opublikowała "Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945"; skróconą wersję tej książki publikujemy na naszym portalu w odcinkach.
http://solidarni2010.pl/13078-ewa-kurek-polacy-i-zydzi-8211-trudne-sasiedztwo-ok1000-1945.html
http://solidarni2010.pl/15999-ewa-kurek-komendancie-czas-wracac-do-domu.html
http://solidarni2010.pl/15949-nbspglos-dr-ewy-kurek-w-sprawie-prof-krzysztofa-jasiewicza.html
----------------------------------

Tylko u Solidarnych 2010 pod Namiotem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie!
8.09 o godz.16.00 wykład dr Ewy Kurek :
- o mjr. H. Dekutowskim „Zaporze” i jego oddziale oraz książkach im poświęconych ocenzurowanych w 2001r.
- o stosunkach polsko-żydowskich i ograniczaniu wolności wypowiedzi na ten temat.
Sylwetka Gościa: historyk, wykładowca min. uczelni w USA, autorka pionierskich książek Zaporczycy 1945-1949, Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945 oraz  twórczyni kilku filmów dokumentalnych o „Zaporze”.

Zapraszamy!

----------------------------------
Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.