"Chciałem zabić Kaczyńskiego, tylko za małą broń miałem" - mówił zaraz po zatrzymaniu 62-letni Ryszard C., były członek Platformy Obywatelskiej, który rok temu zastrzelił Marka Rosiaka, asystenta europosła Janusza Wojciechowskiego z PiS.
Druga ofiara omal nie straciła życia i z poderżniętym gardłem trafiła do szpitala. Było oczywiste, że ten czyn został zainspirowany kampanią podżegania przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Ale pamiętamy, że nie tak tłumaczono tę śmierć.
Zaraz po tragedii opinia publiczna została odcięta od rzetelnych informacji na ten temat. Słyszeliśmy komentarze o przypadkowym ataku szaleńca i psychopaty, który chciał zabić kilku polityków z pierwszych stron gazet. Sztab ludzi pracował, aby dowieść, że to morderstwo było fatalnym zbiegiem okoliczności, a nie celowym zamachem na działaczy opozycji, nie miało motywu politycznego i było kompletnie oderwane od politycznej rzeczywistości.
(...)
Po czterotygodniowej obserwacji biegli orzekli, że w chwili popełnienia zbrodni Ryszard C. rozumiał jej znaczenie i był w stanie kierować swoim postępowaniem, był też trzeźwy i nie znajdował się pod wpływem narkotyków.
Co ciekawe - oskarżony domaga się całkowicie jawnego procesu.
Więcej w tekście Macieja Walaszczyka tu:
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111021&typ=po&id=po09.txt