Polecamy: Marek A. Koprowski, "Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2013. Akt I"
data:09 maja 2013     Redaktor: AK

Ukazała się książka Marka A. Koprowskiego "Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2013. Akt I". Książkę można nabyć na portalu replika.eu: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=432&fr=1#fragment. Polecamy - lektura obowiązkowa!

fot.: replika.eu
 
 
 
ISBN 978-83-7674-219-9
[EAN 9788376742199]
Wydanie 1
Rok wydania: 2013
Wymiary: 145x205 mm
Liczba stron: 324
Oprawa: miękka + skrzydełka
Kategoria: historia
 
Utworzone w 1921 r. województwo wołyńskie miało być Ziemią Obiecaną dla osiedlających się tam Polaków, w tym dla legionistów Józefa Piłsudskiego i bohaterów wojny polsko-bolszewickiej. II wojna światowa wymazała ten obszar z mapy Polski, a Rodacy z Wołynia przeszli przez piekło okupacji sowieckiej, niemieckiej i ukraińskich rzezi.
 
Książka jest zbiorem osobistych relacji Polaków, którzy doświadczyli na Wołyniu gehenny trzech wrogów, podjęli z nimi walkę, a po wygranej wojnie musieli opuścić swoje domy, osiedlić się w Ojczyźnie o nowych granicach i znosić prześladowania ludowej władzy.
 
Opowiadają:
Zygmunt Maguza, Władysław Siemaszko, Halina Górka-Grabowska, Jan Lipiński, Adam Kownacki, Tadeusz Wolak, Florian Skarżyński, Roman Domański.
 
Relacje zebrał i opracował niestrudzony tropiciel polskości na obszarach postsowieckich – pisarz, dziennikarz i reporter - Marek A. Koprowski.
 
Spis treści:
"Wstęp" - Marek Koprowski
"Uciekajcie, mordują!" - Zygmunt Maguza
"Nie dać się Ukraińcom" - Władysław Siemaszko
"Piekło nad Prypecią" - Halina Górka-Grabowska
"Dantejskie sceny nad Bugiem" - Jan Lipiński
"Obrońcy Przebraża" - Adam Kownacki
"My kijami walczyć nie będziemy" - Tadeusz Wolak
"Brzdący wrócili" - Florian Skarżyński
"Wsich Lachiw do odnoj jamy" - Roman Domański
 
Władysław Siemaszko, fragment rozdziału "Nie dać się Ukraińcom":

Wybuch wojny w 1939 r. dla Władysława Siemaszki nie stanowił zaskoczenia. Już w marcu 1939 r. do jednostek wojskowych we Włodzimierzu Wołyńskim powołano w ramach tzw. kartkowej mobilizacji pierwszych rezerwistów. W pośpiechu kończono budowę lotniska wojskowego, leżącego 3 km na wschód od Werby w miejscowości Mohylno. Kontynuowano również budowę lotniska w Piatydniu koło Włodzimierza. Od kwietnia władze administracyjne opracowywały plany organizacyjne, tworzyły wokół miasta punkty poboru koni i taboru dla wojska. Wytypowały też miejscowości przeznaczone do koncentracji ludności ewakuowanej ze strefy przyfrontowej.

— W końcu sierpnia wszędzie odczuwało się atmosferę podniecenia, ale nie było zdenerwowania czy niepokoju — podkreśla pan Władysław. — W urzędach gminnych, a taki znajdował się w Werbie, i posterunkach Policji Państwowej zarządzono stałe dyżury. Ich pracownicy i funkcjonariusze stale oczekiwali na pilne zarządzenia wojskowe. 30 sierpnia 1939 r. zarządzono mobilizację. Objęła ona rezerwistów, konie, tabory i aprowizację. Stacjonujący we Włodzimierzu 23 Pułk Piechoty i 27 Pułk Artylerii Lekkiej zostały przemieszczone na Pomorze. W tych dniach ujawniły się pierwsze symptomy wrogości do Polaków. Ukraińcy, zobowiązani w ramach mobilizacji do dostarczenia koni, spyży czy bydła i wozów, dostarczali je w niskiej jakości lub też ukrywali się z nimi w niedostępnych bagnach. 1 września zostałem powołany do Państwowego Biura Rozmieszczeń, którego zadaniem było rozlokowywanie ludności ewakuowanej z wybrzeża i Wielkopolski. Pierwszy i ostatni pociąg z rodzinami kolejarzy, urzędników i żołnierzy przybył do Włodzimierza 3 września. Już wcześniej, bo 1 września, poznaliśmy bezwzględną machinę wojny. Wybuch bomby na stacji kolejowej we Włodzimierzu uświadomił nam, że obecna wojna będzie miała zupełnie inny charakter, o czym zupełnie nie mieliśmy pojęcia.

W pierwszych dniach września 1939 r. wszystkie drogi w rejonie Włodzimierza zostały zapchane przez wozy uciekinierów z Wielkopolski i centralnej Polski, udających się na wschód. Nie wiedzieli oni, gdzie jechać, swoje decyzje zmieniali w zależności od usłyszanych pogłosek, często nieprawdziwych. Na wieść o wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich 17 września 1939 r. cała ta masa uchodźców ruszyła w drugą stronę, czyli na zachód. Na drogach powstawały zatory i działy się dantejskie sceny. Nikt nie chciał wpaść w łapy Sowietów. Samoloty sowieckie na szczęście nie bombardowały kolumn uciekinierów, tylko zrzucały propagandowe ulotki. Do Werby Sowieci wkroczyli 22 września 1939 r. po potyczce nocą z czołówką oddziału Wojska Polskiego, który zmierzał z Kowla do Włodzimierza. Podczas tego starcia zginęło kilku żołnierzy polskich. Swoje rządy w Werbie Sowieci zaczęli od wiecu, na który spędzili całą ludność: Ukraińców, Polaków i Żydów. Wystąpił na nim politruk, który, stojąc na ciężarówce, przekonywał zebranych, że Armia Czerwona wkroczyła na ziemie wschodniej Polski, żeby uchronić ludność ukraińską i białoruską przed niemiecką okupacją i wyzwolić ją jednocześnie spod polskiej okupacji. Politruk ten pluł na Polskę i jednocześnie wskazywał palcem najbliższych wrogów, z którymi trzeba się rozprawić, czyli nas, Polaków, których nazwał krwiopijcami.

Pod auspicjami Sowietów w Werbie powstały władze w postaci różnych komitetów i milicji. Wtedy się okazało, ilu wśród Ukraińców było komunistów. To oni bowiem weszli do nowych władz. Milicja zaś została utworzona z miejscowych Żydów. Nowe władze zaczęły tworzyć system donosicielski, inwigilujący polską społeczność. Szybko zaczęły się też pierwsze aresztowania osób stanowiących potencjalne zagrożenie dla władz sowieckich, a zimą 1940 r. masowe deportacje. Ich ofiarą padło wielu członków mojej rodziny. W lutym 1940 r. została m.in. wywieziona z kilkuletnim synkiem siostra mojej matki, była bowiem żoną policjanta. W lipcu 1940 r. aresztowana została i deportowana do Kazachstanu moja mama, a także druga siostra mojej mamy z mężem, których zaliczono do właścicieli ziemskich. Pan Władysław nie został wywieziony. Powód tego jest prosty. Jako uczestnik konspiracji został aresztowany wiosną 1940 r. i po krótkim procesie skazany na karę śmierci. Dla niego Niemcy wkraczający do Łucka i zajmujący więzienie, w którym był przetrzymywany, nie oznaczali wrogów, ale wyzwolicieli. Oddziały NKWD po agresji Niemców na ZSRR przystąpiły do likwidacji więźniów, by nie pozostawiać po sobie żadnych świadków. Dla pana Władysława są to bezsprzecznie bardzo trudne wspomnienia, dziesiątki jego kolegów patriotów nie miało takiego szczęścia jak on. Zostali rozstrzelani w czasie ewakuacji więzienia w Łucku lub też zaginęli bez wieści.





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.