Łukasz Pijewski: Bluzg. Wędrówka po światach upadłych
data:06 stycznia 2013     Redaktor: MichalW

Stanisław Srokowski podjął skuteczny i twórczy trud opisania nim świata, w którym według niego przyszło nam dziś żyć. Jego najnowsza książka "Barbarzyńcy u bram" nie jest lekturą łatwą ani przyjemną. Choć szybko wciąga, a często wręcz elektryzuje – może także napełnić szaleństwem.

Bluzg. Wędrówka po światach upadłych

Stanisław Srokowski, Barbarzyńcy u bram, wydawnictwo ARCANA, Kraków 2012

 

                                                                                                                        Przebrzydła szumowino, pachołku moskiewski,

                                                                                                                        Ty farbowana świnio, marszałku kurewski,

                                                                                                                        Chamie zblazowany, zatęchła sklerozo,    

                                                                                                                        Gnoju zasmarkany, ty zdrajco Zomozo

 

Przechowuję w archiwum niewielki tomik wydany w podziemiu, nakładem „Solidarności Walczącej” i „Naszego Głosu” w Łodzi, w maju 1982 r., mniej więcej w połowie pierwszego roku nielegalnie wprowadzonego stanu wojennego w P.R.L., zatytułowany Siekiera, motyka, Smok Wawelski… Anonimowa poezja stanu wojennego. Ten, dziś dokumentalny już, zbiorek był – jak sądzę – próbą odreagowania na gorąco przez jego redaktorów i czytelników ponurej właściwie nie-rzeczywistości, jaką komuniści narzucili Polakom po 13 grudnia 1981 r. Jeden z wierszy zatytułowany Bluzg, którego fragment pozwoliłem sobie zamieścić jako motto tych zapisków, jest wymyślnym obscenicznym przekleństwem rzuconym na głównego autora stanu wojennego. Składa się głównie z wulgaryzmów – bluźnierstw, perwersyjnych wyzwisk, wyrażeń uznanych za nieprzyzwoite, zwrotów obraźliwych, ordynarnych, sprośnych i plugawych.

 

O czym można pisać w takim języku?

 

Stanisław Srokowski podjął skuteczny i twórczy trud opisania nim świata, w którym według niego przyszło nam dziś żyć. Jego najnowsza książka Barbarzyńcy u bram nie jest lekturą łatwą ani przyjemną. Choć szybko wciąga, a często wręcz elektryzuje – może także napełnić szaleństwem. Akcja tej powieści „z kluczem” rozgrywa się wczoraj i dziś, zasadniczo we Wrocławiu, ale i w innych miastach w Polsce i na świecie. Czytelnicy mogą zatem znaleźć sporą dodatkową przyjemność w rozszyfrowywaniu postaci i sytuacji.

 

Gęsty tekst, pełen wulgaryzmów – bluźnierstw, perwersyjnych wyzwisk, wyrażeń uznanych za nieprzyzwoite, zwrotów obraźliwych, ordynarnych, sprośnych i plugawych – przedstawia historię życia jednego z anonimowych bohaterów stanu wojennego – zmarłego niedawno w dość tajemniczych okolicznościach Maksa Kolby – oraz grupy jego przyjaciół nazwanych także Ludem Bożym, przeciw którym prężą się szeregi zwalczających ich brutalnie wrogów.

 

Powikłaną i bolesną biografię Kolby próbuje z niejakim trudem odtworzyć po jego pogrzebie dawny przyjaciel nieżyjącego Maksa, Konrad Warski, w czasach P.R.L. członek antykomunistycznego podziemia, założyciel podziemnej organizacji Żelazna Pięść. Odtwarza ją przed niewidzialnym Wysokim Sądem, który można odczytać jako ni to „historię, która pokaże”, ni to „PT czytelników”, którzy tak czy inaczej osądzą jego opowieść.  Dręczy go bowiem dwuznaczne w jego sytuacji pytanie, co takiego wydarzyło się, że drogi ludzi tak niegdyś sobie bliskich tak dramatycznie się rozeszły. „Jeszcze nie tak dawno razem walczyli ramię w ramię z przemocą, aparatem ucisku i podłością, a teraz Kolba jest obdarty, głodny i bez domu. A on pracuje na Politechnice, ma dobre mieszkanie, wysoką pensję, zabezpieczone życie i szacunek swego otoczenia. Ale nie o to tutaj chodzi, myślał. Nie o zderzenie dwu konkretnych ludzkich bytów. Chodzi o coś znacznie poważniejszego. O sprawy wyższe, ogólniejsze, które w każdym konkretnym przypadku przekładają się na indywidualne losy ludzkie. – Nie filozofuj – nagle usłyszał. Zastygł, nasłuchując, ale głos się nie powtórzył.”

 

Można powiedzieć, że ten napełniający czasami wstrętem, a czasami rozpaczą społeczny rozziew i jego podziemne ciemne przyczyny, którego destrukcyjnej mocy doświadczamy na co dzień, jest tematem tej wspaniałej książki.

 

Maks i jego kumple to ludzie żyjący na obrzeżach głównego nurtu dzisiejszego świata: osoby o powikłanych życiorysach i traumatycznych przejściach, postaci wykluczone, sfrustrowane, pokonane często przez własne słabości, wśród których największą jest wódka, choć są i inne, dużo przewrotniejsze. Grupa Maksa jest obecnie całkowicie zmarginalizowana; to byli profesorowie, poeci, nauczyciele, aktorzy, pisarze, malarze, sportowcy, dziennikarze etc.

 

Wrogami i bezwzględnymi, brutalnymi przeciwnikami tamtych - odrzuconych, reprezentujących świat mrocznych i ponurych peryferii duchowych - są dawni sprytni komunistyczni zakłamani macherzy oraz będący z nimi w sojuszu, komitywie i daleko idącej współpracy cyniczni i podli cwaniacy, pieczeniarze, koniunkturaliści i zdrajcy dawnej sprawy: urzędnicy Ratusza, szemrani biznesmeni, działacze partii zwanej Karierą i Sukcesem (a w skrócie Kasą), na czele z ich przywódcą Rudym Lisem oraz jego akolitami. Ale tak jak Lud Boży jest złożony ze zdestruowanych postaci passé, tak świat ludzi Kasy przypomina figury umysłowo skarlałe, duchowych pigmejów, jakieś ohydne koboldy, skrzaty i wstrętne krasnale, co nieco może przypomina ideę King Size, której naczelną zasadą, niejako istotą jest łgarstwo i „cyniczna gra językiem” dla osiągnięcia własnych materialnych korzyści.

 

Ta znakomita powieść ma oczywiście strukturę złożoną i wielowarstwową, tak jak złożona i wieloznaczna jest otaczająca nas rzeczywistość. Bohaterowie niespokojnie krążą wokół stanowiącego centrum wrocławskiego rynku i wędrują po pięknych ulicach starego śląskiego miasta. Jest to oczywiście centrum symboliczne, przez które na pewno przebiega skrzypiąca oś dzisiejszego świata – prastara axis mundi – drzewo kosmosu.

 

Czytając Barbarzyńców… jesteśmy w obrębie jej sekretnego promieniowania, przestrzeni niejasnej, migotliwej,paradoksalnej i onirycznej, więc i my możemy – a mówię to całkiem poważnie – stać się podatni na katarktyczne działanie opisywanych wydarzeń, gdyż one mają i w nas samych swoje ciemne źródła.

 

Towarzysząc wędrówce bohaterów możemy także odnaleźć furtki do innych światów.

 

Jest bardzo ważna w powieści szczelina do świata wyniszczonych, zdestruowanych Kresów, skąd główny bohater i wielu jego druhów się wywodzą i skąd przynoszą swe zatęchłe opowieści o losach tragicznie rozszarpanych, krwawych, pełnych bólu i krzyku. Mijamy także świat groteskowych zinfantylizowanych postaci, zatrzymanych w rozwoju, niewykształconych półnagich chimer, niedorosłych, frywolnych, długonogich licealistek z odsłoniętymi piersiami i młodych mężczyzn, którzy, „na odsłoniętych ramionach mieli tatuaże uosabiające żmije, krokodyle, nosorożce, gołe dziwki, wędzidła, sztylety, kraty więzienne i kajdanki. A na palcach ciężkie, złote sygnety i lśniące łańcuszki zwisające z szyi i kolczyki w uszach.” Wszyscy oni stanowią karykaturalną mieszaninę gombrowiczowskiej niedojrzałości i emanacji prądów płynących z ciemnych, złowieszczych diabelskich otchłani. Jest też straszny świat współczesnej, bolesnej i chaotycznej, obolałej miłości i nienawiści głównego bohatera, a także jego wyniszczonej i rozbitej okolicznościami rodziny: znikającej gdzieś pięknej żony Koli i zagubionych dwóch synów Maksa. Światów tych jest bardzo wiele, co kojarzyć się może z bramami wieży Babel.

 

Są wreszcie terytoria tajemnicze, których znaczenie nie całkiem jest jasne. To światy zjaw będących często w trakcie niejednoznacznych metamorfoz, przestrzeń głosów i odbitych ech oraz postaci widmowych. Świat ten osacza bohaterów, poucza ich, dyskutuje, wyśmiewa i upokarza,  reprezentując do pewnego stopnia świat wartości. To świat nieobcy wielu Polakom, świat nawiedzających żyjących duchów. […]

 

Dodam, że mnie najbardziej brakowało w tej powieści ścieżki, drogowskazu, cienia wieści o przejściu do świata Bożego. Nie można bowiem stale wędrować po światach upadłych.

 

Zachęcam gorąco do sięgnięcia po tę powieść. Przynieść ona nam bowiem może, mimo swej mroczności, goryczy i bólu, lekarstwo - w myśl starej hipokratejskiej zasady similia similibus curentur:  podobne leczmy podobnym.

 

Łódź, styczeń 2013.






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.