Wyzwoliciele- B. Ratter
data:28 października 2012     Redaktor: MichalW

Polacy! Rozkazuje się wam niezwłocznie opuścić ukraińskie ziemie
zachodnie za San. Kto nie opuści w ciągu 48 godzin, podlega likwidacji.

AP

Strzelce Opolskie to miejscowość na pograniczu województw opolskiego i
śląskiego. Początki tego miasta to przełom w. XIII i XIV. Miasto
zachowało swój średniowieczny charakter tylko do końca stycznia 1945
roku, gdy do miasta wkroczyli "oswobodziciele", Armia Czerwona. "W
Strzelcach Opolskich w odwecie za zabicie swego oficera przez młodego
fanatyka z "Hitlerjugend", czerwonoarmiści podpalili centrum miasta.
Spłonęło wówczas w rynku 70% (według innej wersji 90%) budynków, w tym
miejscowy zamek. Wielu mieszkańców zostało zastrzelonych, niektórzy
spłonęli żywcem w mieszkaniach. W Leśnicy, przez którą rankiem 24
stycznia przejechał zabłąkany czołg niemiecki i doszło do wymiany
strzałów...czerwonoarmiści zamordowali 33 mieszkańców, w tym 15 kobiet i
młodocianych chłopców a w miejscowym Zakładzie Zdrowia i Opieki 63
spośród 130 przebywających tam sierot, dzieci i osób upośledzonych."
(fragment książki Andrzeja Hanicha) .Według szacunków, ks. Andrzeja
Hanicha, w powiecie strzeleckim, w ciągu paru dni w styczniu 1945
roku, zostało zabitych ok.2850 osób. Liczba rannych, pobitych,
zgwałconych kobiet jest nie do ustalenia. Ciała zamordowanych leżały
na ulicach do pierwszej odwilży. Zniszczone miasto, okradziona
ludność, zrabowane mieszkania i sklepy, to ślad obecności bolszewików
realizujących wizję nowego, szczęśliwego świata. Producenci obuwia
cenionej do dzisiaj marki "Salamander", Lucia i Pius Gaborowie
prowadzący sklep w Strzelcach Opolskich zostali również rozstrzelani.
Księża bestialsko mordowani i podpalania w swoich plebaniach, " ks
Józef Schrody został zamordowany, ponieważ w uzębieniu miał kilka
złotych koronek, które zauważył pijany oficer sowiecki i chcąc je
zdobyć, włożył księdzu lufę pistoletu do ust i pociągnął za spust."

Wielu mieszkańców tego terenu zostało internowanych, zmuszanych do
ciężkiej pracy fizycznej a potem wywiezionych do republik sowieckich.


W powiecie strzeleckim ocaleli Polacy wciąż są otwarci na potrzeby
innych. To oni zorganizowali pobyt polskich dzieci z Wołynia w Polsce,
inicjatorem zbiórki pieniędzy jest mieszkaniec Strzelec Opolskich.
Zachwycony śpiewem młodych członków zespołu wokalnego z Równego i żywo
zainteresowany dziedzictwem Kresów, z którymi osobiście związku nie
ma. Plan pobytu młodych bardzo urozmaicony, młodzież z zespołu
wokalnego gościnnie przyjmowana nie tylko przez środowisko kościelne.
Harcerze zaprosili ich do Kowar, do kopalni srebra i miniparku, KIK do
Opola na spotkanie z biskupem, który pochodzi spod Równego, jednej z
wielu  polskich miejscowości, świadka  ludobójstwa dokonanego przez
ludność ukraińską inspirowaną świetlaną ideologią UPA. Kustosz Jasnej
Góry zaprosił młodych do udziału we mszy, ofiarowanej w ich intencji i
odprawionej przez 2-ch misjonarzy, dla których nie potrzebne jest
znoszenie granic między państwami by dotrzeć do drugiego,
potrzebującego człowieka w odległym kraju ( a nie na pole golfowe).


Wiesław Stypuła i Michał Bronowicki w kwartalniku "Kresowe Stanice"
piszą o ekspedycji ratunkowej PCK z Bombaju do Aszchabadu na przełomie
lat 1941/1942. Ówczesny konsul generalny w Bombaju, dr Eugeniusz
Banasiński otrzymał szyfrogramem od Augusta Zaleskiego, kierownika
MSZ, a w nim polecenie zajęcia się ewakuacją dzieci, cudem ocalałych
na zesłaniu , z Kazachstanu do Indii. Sprawę potraktował niezwykle
poważnie i natychmiast podjął wielokierunkowe działania. Na jego apel
o pomoc w przygotowaniach włączyli się Polacy mieszkający w Indiach
oraz Komitet Pań przy Polskim Komitecie Pomocy Uchodźcom, złożony z
Angielek i Hindusek. Zarząd Kolei Indyjskich przyznał Polskiemu
Czerwonemu Krzyżowi prawo do bezpłatnego przewozu pociągami
pasażerskimi wszystkich przesyłek gromadzonych w Bombaju dla
ekspedycji. Start ekspedycji złożonej z ciężarówek wiozących 60 ton
żywności, lekarstw odzieży i innych towarów przeznaczonych dla
głodującej ludności polskiej nastąpił w dniu polskiego święta
narodowego - 11 listopada 1941 roku.  W uroczystości brali udział
dziennikarze i filmowcy a radio indyjskie anonsowało wyjazd delegacji.
Wieziono również 2500 zastrzyków uśmierzających ból i powszechnie
wówczas stosowanych narkotyków - morfiny i kokainy, z przeznaczeniem
dla chorych żołnierzy polskich z organizowanych Polskich Sił Zbrojnych
w ZSRR. Dotarcie do celu wymagało pokonania bardzo trudnej trasy ok.
5500 km. Został otwarty nowy, pionierski szlak komunikacyjny
umożliwiający organizowanie transportów humanitarnych dla ludności
polskiej w Związku Sowieckim. "Wyczynu tego, mierzonego na skalę
światową, dokonała grupka Polaków, ludzi nie najmłodszych i
praktycznie nieprzygotowanych do tak długiego, trudnego i
niebezpiecznego rajdu samochodowego po bezdrożach Azji Środkowej.
Nazwiska tych ludzi należałoby wpisać złotymi zgłoskami do
pionierskich wyczynów Polaków w XX wieku."  Wicekonsul Rzeczpospolitej
Polskiej w Bombaju - dr Tadeusz Lisiecki osobiście uczestniczył w
transporcie darów. Dla polskich dzieci, które dzięki ofiarności
pracowników placówki dyplomatycznej mogły uciec z "kraju
szczęśliwości" do Indii, Maharadża księstwa Nawanagar -
Digvijaysinhij, zobowiązał się do wybudowania na swym terytorium, na
własny koszt specjalnego osiedla i ulokowania w nim 500 polskich
sierot."

Czy obecni włodarze Polski podzielą się swoim zdobytym terytorium z
ludźmi eksmitowanymi z mieszkań, do których niejednokrotnie zostali
wprowadzeni wbrew własnej woli przez władze III PRL w porozumieniu ze
Związkiem Sowieckim? Wielu pozbawionych swojej rodowej, wielowiekowej
własności zostało zmuszonych do zajmowania mieszkań w domach, które
władze PRL zabrały innym właścicielom lub domach, które zostały
zbudowane na zabranym terytorium. I na dodatek skazani byli na bardzo
ubogie życie, zwłaszcza, gdy nie chcieli podporządkować się
"dyscyplinie ideologicznej" władzy, również w zakresie sztuki i
kultury. Nie każdy wypędzony miał takie szczęście jak Pan Michał
Kozar,  o którym Jerzy Janicki pisze: "pan Michał Kozar nadesłał mi z
dalekiego Regensburga ciekawą ulotkę. Odkrył ją 4 kwietnia 1944
przypięta do futryny drzwi swego lwowskiego mieszkania:

Polacy! Rozkazuje się wam niezwłocznie opuścić ukraińskie ziemie
zachodnie za San. Kto nie opuści w ciągu 48 godzin, podlega
likwidacji.

Ukraińska Powstańcza Armia. Miejsce postoju: 4 IV 1944r (tłumaczenie z
rosyjskiego).

Pan Michał Kozar tę " prośbę" wziął sobie do serca do tego stopnia, że
nie tylko za San, ale na wszelki wypadek aż do Regensburga dojechał,
dzięki czemu żyje do dziś, czytuje niektóre gazety polskie, zaś treść
pamiątkowej ulotki prosi zadedykować niektórym naszym publicystom. Coś
mi się widzi, że jakby nie miał z nimi wspólnych poglądów na temat
dziarskich zuchów z UPA i że niekoniecznie nadają się oni do
porównania z naszą AK, co się niektórym politykom i publicystom
przydarzało przy okazji niedawno obchodzonych obchodów 60 rocznicy
mordów wołyńskich nazwanych przez niektórych "wydarzeniami". Za
podobne "wydarzenia", choć w znacznie mniejszej skali, ale określane
prawem jako ludobójstwo sądzony jest  w Hadze Milosevic. I nigdy nie
będzie patronem ulic, czego we Lwowie dostąpili, z wdzięczności za
takie właśnie "wydarzenia" jakiś Łebed, Szuchewycz-Czuprynka czy
Bandera." (Krakidały).


Czy przed sądem powinien odpowiadać ten, co zabrał cudze i sprzedał,
czy ten, co od niego dostał? Czy musiał umrzeć historyk sztuki
protestujący przeciw relatywizmowi godzącemu najczęściej w polską
elitę, relatywizmowi, który ogarnął już gospodarkę, ekonomię, prawo
nie mówiąc o światopoglądzie?.

Czy obecni włodarze gromadzą zapasy "żywności, lekarstw, odzieży i
innych towarów przeznaczonych dla poszkodowanej wskutek powodzi
ludności polskiej? A jeśli rodzina znalazła się tam wskutek
przymusowego przesiedlenia, z nakazu a protest przeciwko nakazowi
groził śmiercią?

Czy pomoc 6 tysięcy złotych rodzinie z dziećmi, która straciła dorobek
swego życia w powodzi i nie zdążyła przygotować schronienia przed zimą
równa kwocie 6 tysięcy przyznanych ostatnio przez premiera wstępnie na
procedurę in vitro jest niedopatrzeniem?

W piątek, w czasie przesłuchania świadka w warszawskim sądzie,
poszkodowana wskutek ulicznej kradzieży zwróciła się do sprawcy:,
"Jeśli ma sumienie, to więcej tego nie zrobi, współczuję i wybaczam."
Te słowa wypowiedziała wpędzona z Kresów, jako kilkuletnie dziecko, w
bydlęcym wagonie, z dostatniego, inteligenckiego domu o tradycjach
prawniczych.
Bożena Ratter







Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.