Jedyny raz kiedy wypowiadałem się o nim krytycznie, to wtedy, gdy w 2010 r. wysłał młodych księży, aby zabrali krzyż z Krakowskiego Przedmieścia. Wyrażałem też wątpliwości w sprawie mszy św. w czasie pogrzebu Bronisława Geremka, którego związki z Kościołem katolicki, mówiąc najdelikatniej, były znikome. Nabożeństwo to metropolita warszawski koncelebrował wraz z z dwoma innymi arcybiskupami. a dla tłumu polityków, z których mało kto w ogóle chodzi do kościoła , zarezerwowano wszystkie pierwsze ławki. Po tym wydarzeniu miałem ogromny niesmak, bo w ostatnich latach uczestniczyłem w pogrzebach wielu gorliwych i uczciwych katolików świeckich, mocno zaangażowanych w sprawy Kościoła i Ojczyzny, ale jakoś żaden z biskupów na miejsce wiecznego spoczynku ich nie odprowadzał. Jak widać w Kościele są "równi i równiejsi".
Niestety również i dzisiaj muszę wyrazić swoje wątpliwości. Mogę zrozumieć, że w czasie wydarzeń, które mają się rozegrać w dniu 29 września br., ksiądz kardynał nie chce, aby w kościele podlegającym jego jurysdykcji kazanie głosił biskup z innej diecezji. Mogę zrozumieć też, że nie jest mu "po drodze" z Jarosławem Kaczyńskim czy ks. Tadeuszem Rydzykiem. Jednak w ważnych chwilach jako pasterz powinien być razem ze swoją owczarnią. Oczywiście nikt nie oczekuje od niego, że weźmie udział w samym marszu. Powinien jednak przed jego rozpoczęciem osobiście odprawić mszę św. dla uczestników, którzy przecież zjeżdżają się z całej Polski, i wygłosić do nich Słowo Boże. Jak czytamy w Piśmie Świętym kapłan jest bowiem "z ludu wzięty i dla ludu ustanowiony".
Siłą Kościoła polskiego w latach komunizmu było to, że był on razem z wiernymi. Dzisiaj najwyraźniej powstaje pęknięcie pomiędzy niektórymi członkami Episkopatu a zwykłymi katolikami. Oby to pęknięcie nie przerodziło się w trwałą przepaść.
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski