Janusz Krasiński wspomina czasy wojny….
data:02 września 2012     Redaktor: GKut


Gdy wybuchła druga wojna światowa, miałem jedenaście lat. Mając lat trzynaście trafiłem do grupy starszych kolegów prowadzących zaawansowaną już akcję dywersyjną w Armii Krajowej. Konspiracja oraz mój wiek, który nie pozwalał na złożenie przysięgi (trzeba było mieć osiemnaście lat) sprawiały, że nie mogłem wiedzieć, przy jakim zgrupowaniu się znalazłem i gdzie to zgrupowanie weźmie udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie starałem się odnaleźć ślad tych, których poznałem w lokalu konspiracyjnym na Poznańskiej i z którymi wychodziłem na okupowane przez Niemców miasto, na akcje. Żadnego takiego śladu nie udało mi się znaleźć. A że pamięć o tym przez przeszło pół wieku nie dawała mi spokoju, postanowiłem napisać wspomnienie.

 
 
Poznańska 22
 
Kazika, to jest Kazimierza Morawskiego, ew. Murawskiego poznałem w roku 1939, kiedy to po ukończeni piątej klasy szkoły podstawowej przeszedłem z zuchów do harcerstwa. Kazik był uczniem gimnazjum, które mieściło się na Krakowskim Przedmieściu między ulicą Miodową a Podwalem. Dziś nie pamiętam, pod jakim było wezwaniem, lecz pamiętam, że przy tym gimnazjum była nasza drużyna harcerska, a Kazik był moim drużynowym.  
W sierpniu 1939 roku wyjechaliśmy na obóz harcerski. Biwakowaliśmy pod namiotami na wyspie na Niemnie pod Lidą. Miałem nocną wartę z wiatrówką na ramieniu. Wtem podkrada się ktoś z lasu, broń nabita zmiętą bibułką. „Stój, kto idzie, hasło!" Kazik! Sprawdzał, czy warta czuwa. Gdy wracaliśmy z obozu, na dworzec Wileński nie wyszedł po nas żaden z ojców. Zostali już zmobilizowani. Chłopców poodbierały matki.
 
W roku 1941 skończyłem szkołę podstawową im. Marii Skłodowskiej- Curie przy ulicy Karowej nr. 18. Nie było już harcerstwa, więc we dwóch, z kolegą wybraliśmy się na wycieczkę za miasto. Gdy wracaliśmy kolejką EKD spod warszawskich lasów, dostrzegł nas w wagonie Kazik Morawski. Podszedł, zapytał: Co u was, chłopcy? Odpowiedzieliśmy, że właśnie ukończyliśmy podstawówkę. „No i dobrze! - powiedział. - Teraz zgłoście się do mnie na Poznańską 22.” Numeru mieszkania nie pamiętam.
 
Przyszedłem sam. Było to mieszkanie dwupokojowe z wąskim przedpokojem i niedużą kuchnią. W pierwszym, ciemnawym stołowym pokoju rzucał się w oczy wielki żyrandol z kryształowymi soplami. W sypialni stały dwie szafy, jedna, jak się później przekonałem, wypełniona krótką palną bronią. Kazik zapytał mnie, czy miałbym kilku chłopców, bo by się przydali. Powiedziałem, że zbiorę.
 
Ojciec Kazika, oficer wojska polskiego, przebywał w niemieckim oflagu. Mieszkanie odwiedzała czasem matka, ale mieszkała gdzie indziej. Tu był lokal konspiracyjny. Do drzwi pukało się Szopenem: Ta-tata! Tatatata-tata! Kiedyś, widząc kogoś na klatce schodowej, zapukałem zwyczajnie. Wtedy schodząca po schodach sąsiadka powiedziała z uśmiechem: „Do nich trzeba pukać inaczej, tak nie otworzą!” Lecz zabezpieczano się nie pukaniem. Wchodząc na podwórze należało spojrzeć w okno na pierwszym piętrze. Oparta o szybę stała w nim deska do krojenia mięsa. Gdyby jej tam nie było, znaczyłoby to, że w mieszkaniu jest gestapo! Grupa ta, jak się wkrótce zorientowałem, dokonywała zbrojnych akcji. Ale, na co mogli jej się zdać chłopcy w moim wieku, trzynasto, czternastolatki? Do przenoszenia korespondencji? Zapewne. Ale też do przeniesienia przez miasto zakupionego gdzieś pistoletu. Pamiętam ciepło w uginających się nogach, gdy taki niosłem. Bo nadziać się na żandarmów to strach! Więc gdy grupa, z ukrytą pod płaszczami bronią, szła na akcję, nie powinna natknąć się na niemiecki patrol. Idący przodem trzynastolatek wyglądał za rogu, a gdy spostrzegł za nim żandarmów, poprawiał czapkę. I grupa mogła bezpiecznie zawrócić, skryć się w bramie, przeczekać.
 
Były też inne zadania. Pamiętam, że przez wiele dni wystawałem na przystanku na Placu Wilsona z kartką papieru, ołówkiem i udawałem, że czekam na tramwaj. Lecz kątem oka wypatrywałem przejeżdżające wojskowe samochody. "WH - wjazd, WL - wyjazd" notowałem:. co znaczyło: Wehrmacht Heer, Wehrmacht Luftwaffe, Wehrmacht Marine - ruchy wojsk. Po godzinie zmieniał mnie kolega, żeby nie rzucało się to w oczy tajniakom. Kartkę z zapiskami odnosiłem na Poznańską. Dokąd dalej szła? Chyba do Londynu, bo bywające na Poznańskiej dziewczyny, pod narzuconą na głowy kołdrą, słuchały tam radia BBC.
Wspomniałem już o pukaniu. Kiedyś ktoś zastukał do drzwi nie Szopenem, zwyczajnie. W mieszkaniu przebywała dość liczna grupa. Jak na alarm połapano pistolety, błyskawicznie wyciągnięto z szafy steny. Do drzwi podszedł Kazik, zapytał, kto tam i wpuścił gościa, ale stojąc za otwartymi drzwiami przylepiony plecami do ściany tak, żeby nie być na linii strzału. Inni za ścianą pokoju czekali na koniec rozmowy. Ale był to tylko jakiś facet od licznika do gazu i nie było potrzeby otworzenia ognia.    
Do tego konspiracyjnego mieszkania od czasu do czasu wpadał Michał. Był kimś ważnym, gdy wchodził, wszyscy obecni zrywali się na baczność. Wydawał instrukcje. Nas, małolatów, zamykano na ten czas w sypialni. Kiedyś po jego wizycie Kazik zwrócił się do mnie. „Wiesz, będziecie potrzebni. Michał zlecił zdobycie dowodu niemieckiej telefonistki. Mieliśmy to zrobić my, starsi. Mieliśmy zaciągnąć ją do bramy i pod groźbą broni odebrać dokumenty. Ale nie pomyślał, że ona nie przestraszy się pistoletów. Bo która baba uwierzy, że chłop do niej strzeli, rozedrze się i tyle... Dlatego pomyślałem o was.”
A więc to nam wypadło zdobyć dowód niemieckiej telefonistki. Jak to zrobić? Po prostu wypatrzyć taką na ulicy i wyrwać jej torebkę. Tych Blitzma:deln sporo chodziło po mieście. Często można było je spotkać w dzielnicach lepiej oświetlonych, pełnych niemieckich żołnierzy, żandarmów, gestapowców. Ale na Emilii Plater wypatrzyliśmy ich biuro. Wychodziły stamtąd o zmroku i Hożą czy Wspólną, nie pamiętam, szły do Marszałkowskiej. Więc akcja! Nas dwóch chłopaków i jeden z tych starszych na tak zwane „uziemienie”. Był to Janek Morawski, brat Kazika, pseudonim „Profesor”. Miał użyć broni, czyli "uziemić", gdyby ktoś próbował nas zatrzymać. Wyruszyliśmy. Samo wyrwanie komuś torebki jest niełatwą decyzją, a już niemieckiej telefonistce, szczególnie, gdy zbliżała się do ludnej Marszałkowskiej... Ale idziemy. Jeszcze prawie ciemna Hoża, a torebka nie na pasku, luzem pod ramieniem... I tylko jakieś dziwne ciepło w podbrzuszu. Wreszcie akt odwagi, szarpnięcie i w nogi! Niemka za mną: Hilfe, Spitzbube! Wysportowana, pewnie by i dognała, gdyby nie „Profesor”. Zastąpił jej drogę, a znając nieźle niemiecki, obiecał pomoc. Raczej nie uwierzyła, ale spotulniała. Po udanej akcji, zaglądamy do torebki. Co za straszny zawód: trochę grosiaków i szminki! Nie było rady, trzeba było powtórzyć. I powtórzyliśmy dokładnie w tym samym miejscu. Ta druga, już pewnie wiedziała, że ktoś zaoferuje jej pomoc, nie goniła. Po skończonej akcji, na jakiejś ciemnej klatce schodowej, sprawdziliśmy  zawartość torebki: Jest, jest niemiecki dokument! Z pieczęciami, z hitlerowską „gapą”, ze zdjęciem dziewczyny w pierożku Blitzma:deln na głowie! Jakie szczęście! Bo gdyby tak po raz trzeci... Gestapo! Obstawiłoby ulicę wiedząc, że to nie zwykłe kradzieże.
 
Wróciliśmy na Poznańską. Pusto. W jakieś pół godziny później przyszli starsi. Podnieceni, wyciągnęli z worka zdobyty karabin. Ze strzępów ich rozmowy wynikało, że podczas rozbrajania wartownika, dwuosobowy patrol Feldgandarmerie poświecił na nich latarką i spiesznie się oddalił. I chyba rozsądnie. Chłopcy zrzucając w przedpokoju płaszcze, zdjęli też zawieszone pod nimi steny. Gdy opadły emocje, pokazałem Kazikowi, najpierw znalezioną w torebce fotografię młodej przystojnej Niemki, potem dopiero zdobyty dowód. Nie zapomnę jego pełnego uznania uśmiechu. A dokument ten, jak myślę, dobrze posłużył którejś z naszych łączniczek.  
 
Grupa z Poznańskiej wykonywała też wyroki. Byłem obecny przy dwu. Nie były to wyroki śmierci, pobicie. Za co, nie wiem. Przypuszczam, że za szmalcownictwo, bo za zdradę to tylko kula w łeb. A znam przypadki, gdy szantażowani Żydzi zwracali się o pomoc do AK.
 
Pierwszy z wyroków miał miejsce gdzieś w okolicach ulicy Żelaznej, Srebrnej. Ja z nimi tylko w charakterze czujki. Pokazali mi okno, w które w razie niebezpieczeństwa miałem zastukać. Było na niskim parterze. Oni weszli do mieszkania. Nagle usłyszałem krzyki, pewnie matka. Wiedziałem, że okładają go coltami trzymając je za lufy. Wtem rozprysła się szyba i z okna, w które miałem zastukać, próbowało wydostać się jakieś uwięzłe w nim cielsko. Wciągnęli je z powrotem za nogi, dołożyli jeszcze i wyszli. Wyrok został wykonany. Drugi miał miejsce gdzieś na Brackiej, tuż przy Alejach Jerozolimskich. Bardzo niebezpieczny punkt. Moja rola sprowadzała się jedynie do bezpiecznego doprowadzenia grupy na miejsce bocznymi uliczkami. Akcja była na piętrze. Trwała bardzo krótko. Chłopcy, ledwie znikli mi na klatce schodowej, zaraz wyszli prowadząc pod ręce Wicka, magazyniera naszej broni z zakrwawioną głową. Przykładali mu do niej chustkę. Co się stało? Skazany na pobicie jadł właśnie z patelni jajecznicę i na widok wchodzących cisnął nią trafiając w głowę Wicka. Ale przecież nic prostszego, jak wypruć do niemieckiego pachołka z paru coltów. Nie było jednak wyroku śmierci. Wyjadacz jajecznicy miał jedynie wyrok pobicia, więc chłopcy z rannym Wickiem wycofali się z akcji.
 
Wicek nie miał szczęścia. Wylizawszy się z rany, wziął udział w jakiejś akcji na mieszkanie folksdojcza. W akcji przywłaszczył sobie jego krawat. Wydało się. Przyjechał Michał, odbył się sąd nad Wickiem, sąd, jak byśmy to dziś powiedzieli, za prywatę. Dostał wyrok półrocznego wykluczenia z organizacji. Nie widziałem dotąd tak nieszczęśliwego człowieka. Płakał. „Przecież ja nic nie wziąłem, to tylko krawat.” Współczułem mu, inni, starsi milczeli. To nie rozbój, tu chodzi o coś zupełnie innego!  
Mnie jednak raz trafił się materialny profit z uczestnictwa w tej ideowej organizacji. W szkole, do której chodziłem, zawodówce u Wolframa na Miodowej, skradziono mi komplet cyrkli do technicznego rysunku. Pożaliłem się Kazikowi i w parę dni później otrzymałem zakupiony z kasy organizacji futerał z cyrklami. „Ty się ucz - powiedział Kazik, po czym znikł z Poznańskiej. Ale to nie była wpadka, został wysłany. Wrócił po paru miesiącach, lecz już nie ten sam człowiek. Nic nie mówił, posępny, ponury, bez cienia dawnego uśmiechu. Musiał widzieć wiele. Gdzie był, nie opowiadał. Ktoś szepnął mi, że na terenach wschodniej Polski. Zagarnięte przez Sowietów, po czym zajęte przez Niemców kontrolowane były tajnie przez Armię Krajową. Dziś myślę, że była to akcja Wachlarz.  
 
Po powrocie Kazika Michał zlecił przygotowanie akcji na posterunek żandarmerii w Legionowie. Kazik zabrał mnie na rekonesans. Przed zejściem na Gdański dworzec wstąpiliśmy na kaszę z warzywami w jadłodajni RGO na Żoliborzu. Kazik znał ten punkt dożywiania. Gdy dojechaliśmy do Legionowa, zapadał już zmrok. Gdzie mieścił się ten posterunek? Podmiejskie ciemności, błoto na gliniastych drogach, nie pamiętam. Pamiętam tylko, że był to budynek za wiejskim ogrodzeniem. Kazik kazał mi wejść na podwórze, obejść posterunek i zapamiętać rozkład okien. Wchodząc natknąłem się na żandarma. Zapytał, czego tu szukam. Abort - powiedziałem. Nie przegnał, wskazał drogę do wiejskiego klozetu. Co miałem robić, wszedłem i przez wycięte w drzwiach serduszko obliczyłem od jednej strony okna posterunku. Do akcji nie doszło. Zbyt duże ryzyko wymiany ognia.  
 
Ale jak zdobyć broń bez przelewu krwi? Za każdego zabitego Niemca stu zakładników, stu postawionych pod murem Polaków! W planowanej akcji w Legionowie liczono na zaskoczenie, lecz gdyby do niej doszło, nie obyłoby się bez strzałów.  
Pewnego dnia na Poznańskiej pojawił się brezentowy woreczek wypełniony piaskiem. Czemu miał służyć? No, właśnie temu, by rozbrojonego Niemca nie zabijać, a ogłuszyć. Łup go w łeb i niech trochę poleży! Więc zarzucano sobie woreczek na ramię i z całą siłą rozmachu uderzano w wysokie oparcie starego fotela. Próba wypadła nieźle. Nazajutrz wyszli. Długo krążyli wieczorem po mrocznych uliczkach Czerniakowa. Wreszcie w trupim świetle gazowej latarni wypatrzyli samotnego niemieckiego żołnierza. Podeszli, wyciągnęli cztery colty: Hande hoch! Niemiec nie miał żadnych szans, podniósł łapy do góry. „Profesor” wyciągnął mu z kabury parabellum, a „Gryf” zaszedł mu z tyłu i zdzielił go woreczkiem w łeb. Niemiec osunął się na bruk. Teraz tylko szybko zmyć się z tego miejsca! Odbiegli kilkadziesiąt kroków i rozległy się strzały. To Niemiec, doszedł szybko do siebie, wyciągnął zza cholewy drugi rewolwer i cały magazynek wypruł w Gryfa. Zabił.
 
Jeszcze tego wieczora na Poznańską, zawiadomiony o śmierci syna i zagrożony aresztowaniem przez gestapo, przyszedł jego ojciec. Był to starszy pan, wysoki, postawny, o czarnych kędzierzawych włosach przyprószonych lekko siwizną. Mimo swego wieku jakże podobny do Gryfa! Tylko nie taki pogodny, uśmiechnięty, jakim zapamiętaliśmy zabitego kolegę, a posępny, śmiertelnie smutny.
 
Ale życie na Poznańskiej toczyło się nadał swoim torem. Wrócił „Wicek” po półrocznym wykluczeniu. Nadal był magazynierem, pozwalał nam wyjąć z szuflady colta, stena, rozebrać go, oczyścić, złożyć, Dziewczyny przychodziły podpalić pod kuchnią, zagotować zupę z brukwi i papę z mamałygi. Pomagaliśmy zmywać porcelanowe talerze. Tyle, że po jarskim posiłku nadal ssało w trzewiach. Marzeniem było dokonać akcji na wędliniarnię Nur fur Deutsche - Franc Lewandowsky, przy ulicy Widok, czy może przy Brackiej, nie pamiętam. Tam można było popatrzeć na wiszące za wystawową szybą połcie słoniny, balerony, kiełbasy... Popatrzeć i przełknąć ślinę. Przed Sylwestrem czterdziestego trzeciego Michał pozwolił na wypad, ale nie do „Fleisch und Wurst” - Franc Lewandowsky, a do domu znaczniejszego folksdojcza. Było to gdzieś na Żoliborzu. Akcja udana, starsi chłopcy wyszli stamtąd z osobistymi dokumentami ważnej hitlerowskiej figury oraz z niemałymi zapasami żywności, które folksdojczeska rodzina zmagazynowała tuż przed Sylwestrem. Ale Kazik czegoś bardzo zdenerwowany. Natychmiast po wyjściu z folksdojczerskiego domu wpadł gdzieś do kawiarni czy też sklepu, do telefonu i zadzwonił na policję. „Na ulicy takiej i takiej, pod numerem takim i takim, dokonano bandyckiego napadu!” Czy on oszalał? Nie. Tam były dzieci i gdy nasi chłopcy je wiązali, kneblowali, jedno z nich powiedziało: „Nie kneblujcie tatusia, jemu trudno oddychać przez nos.” Więc Kazik, żeby ojciec im się nie udusił, zadzwonił na policję. Taki był Kazik.  
 
W Sylwestra na Poznańskiej nie było kropli alkoholu. Nikt nie zapalił papierosa, choć na każdym rogu można było kupić tutki Herbewo. Były za to zdobyczne kiełbasy, baleron i świński pęcherz wypełniony smalcem. Chryste...! Posmarowany nim czarny kartkowy chleb rozpływając się w ustach pobudzał coraz większe łaknienie. Ktoś przyniósł patefon. Nakręcony korbką przygrywał do tańca dwom czy trzem parom, bo poza łączniczkami więcej dziewczyn nie było. Ogromny żyrandol z kryształowymi soplami, o którym już wspomniałem, nigdy nie rozbłysnął dziesiątkiem swych świec. Nie było prądu, świecono pyrkającą gazem karbidówką. Zaś sople wspaniałego żyrandola, w sylwestrową noc, sprowokowały chłopców do fajnej zabawy. Kto kopnie tak wysoko, żeby strącić nogą jeden, lub może dwa kryształy?! Właściciel mieszkania w oflagu, właścicielka poza domem w strachu przed gestapo, a Kazik, ich syn, nie zabraniał. Więc prześcigano się w umiejętnościach wiedząc, przeczuwając, że ten ogromny żyrandol spadnie razem z sufitem, gdy oni będą na barykadach. Nie mylili się. Dziś nie ma tego domu, runął pod niemieckimi bombami.
 
Było jeszcze kilka akcji polowania na niemiecką broń, mundury kolejarskie, dokumenty. Dzieliłem udział w nich z chodzeniem do szkoły i bywaniem w domu. Zmarł ojciec, powinienem więcej opiekować się matką, ale żądza walki z nienawistnym okupantem ciągnęła na Poznańską.
 
Po raz ostatni widziałem Kazika późnym latem czterdziestego trzeciego. Przyszedł do mnie z rana, do domu na Mariensztat.
- Wy, chłopcy, już tam nie przychodźcie - powiedział. - Była wpadka.
Zapytałem, kogo aresztowano.  
- Nikogo. Przeskoczyliśmy na Marszałkowską.
Tyle powiedział, machnął mi ręką i poszedł zawiadamiać innych.  
Właściwie nie potrzebowałem wyjaśnień. Podwórze na Poznańskiej odgrodzone było od sąsiedniego domu niewysokim murkiem. Pod nim stał śmietnik. Wystarczyło nań wskoczyć, a za murkiem było już podwórze domu z wyjściem na Marszałkowską. To było jasne. Ale jak udało im się wyjść z mieszkania, kiedy do drzwi zastukało gestapo? Chyba gestapowcy nie docenili nadanego im celu. Podjechali autem, dwóch czy trzech, aresztować właściciela mieszkania. Gdy walili kolbami w drzwi, przypuszczalnie otworzono im, jak otworzono temu z gazowni. Gdy weszli, zobaczyli wymierzone w nich pistolety, steny. Hande hoch! Chyba nie protestowali, gdy ich wiązano i kneblowano. A że za bramą na Poznańskiej czekał na nich gestapowski samochód, więc Kazik i jego chłopcy woleli przeskoczyć przez murek do przejścia na Marszałkowską. Czy tak było? To tylko domysły.
 
Pierwszego sierpnia czterdziestego czwartego miałem jeszcze wiadomość od Kazika, ostatnią. Nieznajomy chłopak przyniósł list. Powiedział, że z polecenia Kazika. I że list ten mam doręczyć przed czwartą pod wskazany adres i pójść razem z tym, który go przeczyta. „Dokąd?” - zapytałem. „On będzie wiedział.” Adres był na kopercie: Ulica Ogrodowa, numer domu, mieszkania i jakieś nazwisko. Od czasu wpadki na Poznańskiej, blisko rok nie miałem kontaktu z Kazikiem, więc ucieszyłem się. Wyszedłem z domu po trzeciej, przed czwartą byłem na Ogrodowej. Zadzwoniłem do drzwi, chyba na trzecim piętrze, otworzyła niemłoda kobieta. Powiedziałem, że mam list do tego pana, co na kopercie. Wzięła, popatrzyła na nazwisko. „Przykro mi - powiedziała - ale ten pan już wyszedł.” Stałem chwilę oniemiały. Miano mnie gdzieś zaprowadzić, co teraz z sobą począć? Wyszedłem na ulicę, słonecznie. Nagle przeraźliwy kobiecy krzyk: Hilfe, hilfe, banditen! Ulicą biegną dwie kobiety, chyba matka z córką. Spostrzegły niemiecki patrol w bojowych hełmach, panterkach i wskazują mu znikającą za narożnikiem grupkę cywilów. „Banditen, Banditen!” Wtem zaniemówiły. Na niemieckich hełmach dostrzegły biało-czerwone opaski. Ja także podszedłem do bojowej grupy. W krótkich słowach przedstawiłem swoją sytuację. Nie mieli czasu słuchać. „Przypilnuj tych folksdojczek! Jutro po nie przyjdziemy” - powiedział jeden i ruszyli na bój. Przesiedziałem z folksdojczkami całą noc na klatce schodowej. Trzęsły się ze strachu, przymilały się do mnie wyczuwając we mnie kogoś nie żądnego ich krwi. Tymczasem z okna, z ostatniego piętra widać już było dymy pożarów. Dobiegały z dala wybuchy granatów i jazgot karabinów maszynowych. W nocy przyszedł na klatkę schodową jakiś lokator tej kamienicy. Wziął mnie na bok i zaproponował powieszenie folksdojczek. Chyba domyślały się, co mi szepcze, bo tuliły się do siebie. Przegnałem go. Rano przyszli po nie ci w panterkach. Zapytałem o broń, czy nie mieliby dla mnie. Nie mieli. Myślę, że miałem przydział jakiegoś pistoletu, granatu, ale nie tu, tam, gdzie miał mnie zaprowadzić ten ktoś, kto już wyszedł. Tu wszystko było już rozdane.
To moje zgrupowanie, jak mogłem się domyślać, było gdzieś na Żoliborzu. Tam pewnie miano mnie zaprowadzić i tam z pewnością był już Kazik z całą naszą grupą. Wcieleni do jakiegoś batalionu pewnie poginęli w walce. Po wyjściu z ubeckiego więzienia próbowałem odnaleźć jakieś dokumenty, jakieś zarejestrowane gdzieś ślady istnienia tej grupy, nadaremno. Nie mogąc pogodzić się z taką luką w ruchu oporu z czasów niemieckiej okupacji, napisałem to, co powyżej, aby zaświadczyć.    
 
Ale wracając jeszcze do tego niedostrzeżonego przez historyków, archiwistów konspiracyjnego lokum na Poznańskiej. Nazwisk starszych, którzy tam bywali, poza Kazikiem i jego bratem, nie znałem. Ale trochę pamiętam, kto bywał tam z tych moich małolatów: Jurek Śmiechowski - zginął w walkach na Starym Mieście, Wiesiek Czajkowski, na zarobkowej emigracji z PRL-u do Stanów Zjednoczonych, Jurek Ksionda, członek PZPR-u, dyrektor branży mięsnej oraz jeszcze dwóch, których nazwisk nie pamiętam.
Nie pamiętam też, którzy z nich w czasach PRL-u przyszli do mnie z prośbą, abym zaświadczył, że za niemieckiej okupacji działali w podziemnej organizacji. Ależ tak, proszę bardzo!
- Ale to było PPR, prawda? - rzekł któryś, jakby nie mając co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wybuchnąłem.
- Jakie PPR? Czy nie widziałeś tam coltów, stenów?
- Ale one mogły być zdobyczne - podpowiedział drugi.
- Zdobyczne, na kim? Na żołnierzach AK?! Wy byliście w Armii Krajowej i nie kombinujcie! Bo tylko to mogę wam podpisać!
Sposępnieli, poczęli się wykręcać, takiego zaświadczenie nie życzyli sobie.
A ja...?. Jakże mógłbym tych chłopców: Kazika, jego brata, „Profesora”, Wicka,  „Gryfa” i innych, których pseudonimów już nie pamiętam, przypisać tym, którzy poległych w walce o wolne Państwo Polskie nazwali  „zaplutymi karłami reakcji.”!
 
 
Warszawa 31 sierpnia 2010 r





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.